Australian Open 2017 - czyli Australijczycy kochają sport

Sport warto zaszczepiać w dzieciach od małego. 




Często jednak jest to bardziej skomplikowane niż nam się wydaje. Zabierać malucha na mecze piłki nożnej w Polsce? A kibole? Organizować wycieczki rowerowe? Z maluchem, który ledwo pedałuje pod górkę? Uczyć pływać? Trochę to kosztuje i w zimie więcej choruje niż pływa...

Tak mi się maluje obraz z Polski. Przejaskrawiony, uogólniony, jasne! Nie miałam dzieci w Polsce.
Mam za to dwóch aktywnych szkrabów w Australii i trzeba sobie jakoś poradzić.

Jak się okazuje większość wydarzeń sportowych jest przyjaznych rodzinom. To, czy będziesz się dobrze bawić zależy głównie od Ciebie i Twoich dzieci, bo dodatkowe atrakcje dla maluchów są zapewnione.  Im starsze - tym łatwiej powiem nieodkrywczo. Jeśli potraktujesz wydarzenie sportowe jako okazję do zabawy, pikniku i spędzenia czasu z rodziną, to będzie Ci się podobać. Tak przynajmniej robią to Aussie. Wszyscy oczywiście mówią, że przetrwali i łatwiej byłoby bez dzieci, ale kiedy niby wyrobisz w maluchach dobre nawyki jak nie...od samego początku ich życia?

Dziś historia z jednego z większych sportowych wydarzeń jakim jest Australian Open - Wielki Szlem tenisowy - dla mniej wtajemniczonych.

Jak to się stało, że zainteresowałam się tenisem? W Polsce śmigałam w ping ponga, lepiej od chłopaków, to zamiłowanie do piłeczki mi zostało. Swoją drogą (wybaczcie, ale nie mogę się powstrzymać od dygresji), jedna przyjezdna Angielka w kolejce na arenę nas zagadnęła i od słowa do słowa (oczywiście tematu Wimbledonu nie zabrakło) okazało się, że zna kilku polaków na Wyspach i wszyscy dobrze grają w tenis stołowy. Kiedyś koleżanka - Polka ją zapytała czy zagra w ping ponga, bo okurat ma paletkę w plecaku (?!), zawsze ma ją przy sobie. Zatem Angielka mnie pyta czy ja też mam, bo wygląda jakby wszyscy Polacy śmigali w ping ponga i mieli sprzęt pod ręką "na wszelki wypadek".
Ja nie miałam, paletka została w Irlandii, a ja się przerzuciłam na naukę tenisa ziemnego, bo aż grzech nie skorzystać z pogody i darmowych kortów tenisowych w Adelaide...A zaczęło się niewinnie od zobaczenia turnieju Hopman Cup w Perth w TV. Nie wiem co jest takiego przyciągającego w niebieskich kortach australijskich, ale w tym mocnym słońcu, tenis wygląda rewelacyjnie. Glina paryska, czy trawa wimbledońska się nie umywa. No i jak już rozkminisz zasady punktacji, to możesz się rozkoszować techniką, zmianami "momentum" itd.

Pierwsze mecze AO zobaczyłam parę lat temu, na babskim wypadzie do Melbourne. Było super, drogo i relaksująco, heh. No cóż, bilety na szlema kosztują, przelot, hotel i jedzenie...Lekko nie jest.

Po tym zachęcającym początku, przyszła pora na rodzinny wypad. Nie byliśmy naiwni, że 3 i 6 latek będą z nami cichutko oglądać 3-godzinny mecz, więc trzeba było pomyśleć o alternatywnym planie. Wypad z inną rodziną z dziećmi i wymiana!
W efekcie nasze dzieci miały nieco tenisa (zewnętrzne korty i jeden mecz wieczorny - nieszczęsna przegrana Rawańskiej), sporo atrakcji specjalnie dla dzieci w samym kompleksie (strzelanie, Lego, ścianka do wspinaczki, Bob the Builder, mini korty itd.) oraz zwiedzanie atrakcji Melbourne (z Sea Life na czele).

Logistyka była nieco męcząca i nie zawsze wszyscy byli zadowoleni, ale się udało. AO jest najbardziej przyjazne rodzinom ze wszystkich szlemów, tak mi się wydaje z obserwacji i liczbie dzieci na trybunach.

Zatem jeśli wybierasz się rodzinnie na AO, warto wykupić ground pass i cieszyć się wolnością i różnorodnością. Poza głównymi arenami, zwłaszcza w ciągu dnia jest duży luz, ludzie jedzą i rozmawiają, często przychodzą i odchodzą, więc nie ma stresu jak dziecko musi wyjśc siku czy nie powstrzyma się od hałasu. Jest też duzo atrakcji dla dzieci i czas mija milej. Można oglądać trenujące gwiazdy i mniej znanych zawodników, bez specjalnego tłoku, zwłaszcza na początku turnieju. W ramach ground pass ma się też wstęp (poza weekendem) na Hisense Arena, co pozwala odczuć klimat większego stadionu.

Jeżeli jednak chcesz poczuć klimat nocnego meczu na Rod Laver Arena, wtedy odradzam z małymi dziećmi. Po pierwsze bilet za dziecko też sporo kosztuje (w przeciwieństwie do $5 za ground pass!), po drugie wyjścia i wejście kibiców do ogranioczone czasowo (nie daj Boże chce maluch siku), a po trzecie arena bardziej zobowiązuje do ciszy i respektowania tych, co zapłacili, żeby zobaczyć dobry mecz, nie mówiąc o samych graczach - na arenach grają topowi tenisiści.



Na pewno teraz zapytasz - to po co pchaliście się z dzieciakami na arenę? A dlatego, że grała wtedy Radwańska i chcieliśmy ją zobaczyć w akcji, a nie miał kto się zająć dziećmi wieczorem i tak wyszło...Jak się okazało była to jedyna i ostatnia szansa zobaczenia polskiej tenisistki w akcji...Miałam mieszane uczucia. Z jednej strony ulga, że mecz trwał niewiele ponad godzinę, a z drugiej rozczarowanie, że Aga przegrała...

Uciszanie dzieci, zabawianie ich i wychodzenie z nimi do toalety (no tak, nawet jak zapytasz wcześniej czy potrzebują to i tak zdecydują się w najgorszym momencie...) nie pomogło w cieszeniu się meczem. Jedno jest pewne: Aga wygląda na żywo tak samo jak w TV :)

Z całej imprezy najbardziej podobał nam się mecz Cristea vs Riske, miło się ogląda walczące tenisistki i to z tak bliska (kort zewnętrzny). Reszta akcji w formie obrazkowej :) Było warto!




Petkovic

Zhang

Latająca Bouchard

Kyrgios na pokazówce z dziećmi


No comments:

Post a Comment