O upadku Australii i kultury zachodu - w subiektywnym skrócie

Nie wiem  czy to efekt przekroczenia trzydziestki, czy może trzech lat w Australii, a może krytycznego wieku trzech lat najmłodszego dziecka...ale od jakiegoś czasu coraz bardziej moje teksty dryfują w głąb. Atrakcje turystyczne już nie są tak ekscytujące do opisywania, bo stały się stałym elementem mojego rodzinnego krajobrazu. Opisywanie przyrody i zwierzątek zastępuję prostym ich obserwowaniem. Mało zdjęć, więcej myśli. 
Dziś będzie śmiertelnie poważnie. Oszczędzę Wam szczegółowego opisu nocnej posiadówki na kempingu, jak to obserwowaliśmy bezgłośny lot Paszczaka Australijskiego, czy akrobacje Lotopałanki karłowatej (doszukałam się polskich nazw tych zwierzątek i się zastanawiam, kto takie okropne nazwy wymyślił?).
Dziś będzie śmiertelnie poważnie. Australia upada. Kultura zachodu się degraduje. Myślę, że każdy logicznie myślący, obserwujący, czytający i sceptycznie nastawiony do mediów mainstreamowych powie to samo.

Z opowieści dłużej mieszkających w Down Under, proces staczania się Australii zaczął się około 40 lat temu. Począwszy od upadku moralnego, przez kulturalny i co najbardziej jest widoczne obecnie - upadek standardów pracy i samodyscypliny. Australijscy pracownicy i pracodawcy są bylejacy, byle jakoś przepchnąć. Ciągłe ściąganie specjalistów zza granicy jest tylko doraźnym sposobem, bo system edukacji kuleje. Standardy na całej linii są obniżone, żeby wszyscy mogli się czuć dobrze. Równanie w dół - to sposób na równouprawnienie, wielokulturowość, poprawność polityczną, bezstresowe wychowywanie dzieci (kuriozum zlepka tych słów ciągle mnie szokuje). 
To co piszę, może szokować. Wielu z Was może się nie zgadzać, bo przecież trzeba iść do przodu, trzeba być nowoczesnym i niemoherowym. Nie chodzi mi o kłócenie się o poglądy w kwestiach małżeństw gejowskich, aborcji czy religii. Zupełnie nie o to chodzi. Chodzi o to jak traktujemy swoje życie i nasze miejsce w świecie. 
To, co mnie ostatnio najbardziej dręczy, to myśl, w jakim świecie będą żyły moje dzieci. Na ile to, co im wpajam, pozwoli im pozostać dobrymi, moralnymi, odpowiedzialnymi i uczciwie pracującymi ludźmi. Z pasją, wolnością od uzależnień, odpowiedzialnością, głęboką wiarą i satysfakcją z dobrze przeżytego życia.
Za dużo wokół widzę "fejku", za dużo bylejakości, za dużo płytkości i pustki. Szkoła powtarza mi, że "you did your best!", nauczyciel nie zauważa braku postępów, dopóki dziecko nie zaczniesz sprawiać problemów. Koledzy lubią, doki jesteś "cool". Pracodawca Cię trzyma na stanowisku, bo nie może Ci wprost powiedzieć, że robisz coś źle. Menadżer wkręca, że nie ma problemów - są tylko rozwiązania. Kolega z pracy toleruje Twoją niekompetencję, bo tu nikt nikogo nie krytykuje, a jeśli jeszcze jesteś kobietą, homoseksualistą, niebiałym...to wiadomo, nikt nie chce być oskarżony o rasizm, homofobię czy modne ostatnio molestowanie seksualne.
Przebarwiam i upraszczam, ale z czasem zaczniesz zauważać, dokąd te nowoczesne zmiany prowadzą. Moralność zostaje zastąpiona prawem, sumienie - modą, a odpowiedzialność - przywilejami. Nie wiem jak wygląda teraz społeczeństwo w Polsce, nie wiem co się zmieniło na lepsze, a co na gorsze i nie wiem jak bym się teraz w Polsce odnalazła. Wiem jedno, Polacy mają kompleks gonienia Zachodu. Pongliszują język ojczysty i chcą być bardziej europejscy od UE (teraz powiedzenie "bardziej papiescy od Papieża" jest passe?). Australia, z racji odległości i izolacji, też ma swój kompleks. Niestety. Kopiuje marksizm i pseudo-nowoczesność, zatracając swoją wyjątkowość i urok. Wolność polityczno-religijna? Ostatni śmiechu warty plebiscyt w kwestii legalizacji małżeństw gejowskich....Każdy ma prawo do opinii? Serio? Najlepiej obrazuje to przypadek Margaret Court (jeśli nie interesujesz się tenisem to dodam, że to australijska, 24-krotna zdobywczyni Wielkiego szlema, Serena Williams ma ich 23...), która wyraziła swój protest w tej kwestii, podparty swoją wiarą i poglądami, na co (chyba w ramach wolności słowa) została zaatakowana i nawet próbowano zmienić nazwę kortu w Melbourne jej imienia...bo nie popiera narzucanej ideologii.
Powiem tak, wiedziałam o problemie "poprawności politycznej" w Australii od początku. Jednak to, co dzieje się teraz, zaczyna mnie bardziej martwić, bo przeradza się w jawne atakowanie osób religijnych lub/i o tradycyjnych poglądach (nie agresywnych lub homofobicznych, zwyczajnie mających tradycyjne poglądy!). Nawet księża katoliccy boją się powiedzieć cokolwiek i w cieniu "Royal Commission" (komisja do badania bardzo ważnych spraw, w tym przypadku molestowań seksualnych w Australii) chowają ogon i nie śmią nawet szepnąć, że małżeństwa homoseksualne są niezgodne z wiara katolicką...Nawet nieśmiało przebąkują, że rekomendacja komisji, aby tajemnica spowiedzi została zawieszona, to nie taki w cale atak na podstawowe prawdy wiary kościoła katolickiego...
Gdzie jak żyję?!
Gdzie ta wolność słowa? Gdzie wolność religijna? Czy to tylko jest zarezerwowane dla muzułmanów? Wszystkie media są pro-lewicowe. Wszystkie, z publicznymi mediami na czele. Nie, że przemycają jakieś tam informacje...są jawnie anty-prawicowe i anty-rządowe (rządzi odpowiednik prawicy obecnie). Tak obserwowałam, szukałam, rozmawiałam (w zaprzyjaźnionych gronach, bo tak oficjalnie to tematy tabu) i myślałam. Coś jest nie tak! Coś mi tu śmierdzi...i w ten sposób natrafiłam na Jordana Petersona. Psychologa z Kanady...i wszystko zaczęło nabierać sensu. To co się dzieje w Europie, Stanach, Kandzie i teraz w Australii...ma sens psychologiczny. Ma sens ideologiczny i społeczny. Jeśli powiem Wam, że neomarksizm atakuje to wybuchniecie śmiechem. Ba, ja bym tak zrobiła! Słuchałam historii Jordana Patersona i w końcu ktoś w sposób elokwentny, intelektualny, logiczny i syntetyczny nazwał to, co kołatało się w moim sercu. Nie umiała tego wszystkiego ogarnąć i nazwać. A on, w prosty i dogłębny sposób pokazał jak psychologia, historia i religia łączą się w jedną, sensowną całość. Jest jeden problem - musicie rozumieć po angielsku. Ja Wam tego nie przetłumaczę. Myślałam jaki by tu filmik podrzucić i jest ich zbyt wiele, zatem wrzucam mały "teaser": https://www.youtube.com/watch?v=EjqXXengN1s

A dla chętnych, co szukają inspiracji w życiu, trzy godzinny wywiad z Petersonem na temat jego 12-tu zasad życia: https://www.youtube.com/watch?v=GJJClhqGq_M&t=1857s

W skrócie dla mniej anglojęzycznych:
1. Zasada 1: Przestań być patetyczny, wyprostuj się i zadbaj o swoją posturę (i tu fajna historia o homarze) https://www.youtube.com/watch?v=Uq3Fh2eQ9Ls
2. Zadbaj o siebie, jak o kogoś, o kogo warto dbać: https://www.youtube.com/watch?v=d0KSxcM70xY
3. Zaprzyjaźnij się z ludźmi, którzy chcą dla Ciebie dobrze: https://www.youtube.com/watch?v=Nf9wlIwkO7A
4. Porównuj siebie z sobą z wczoraj, a nie z kimś innym z  dzisiaj: https://www.youtube.com/watch?v=cz2tYGt0_As
5. (moje ulubione) Nie pozwól własnym dzieciom na robienia czegoś, co spowoduje, że przestaniesz je lubić (nie jesteś święty i jesteś skłonny do odwetu): https://www.youtube.com/watch?v=wXLBBYxFXEk
6. Uporządkuj swój dom, zanim skrytykujesz świat (uporządkuj siebie, zanim zaczniesz krytykować innych): https://www.youtube.com/watch?v=awTgtA3BuRY
7. Kontynuuj to co ma znaczenie ("poczucie sensu" to swego rodzaju instynkt, czujesz, że jesteś w dobrym miejscu, pomiędzy cierpieniem a chaosem): https://www.youtube.com/watch?v=qdTus1hB5Fw&t=20s
8. Mów prawdę, a przynajmniej nie kłam: https://www.youtube.com/watch?v=n53HmC1zxVc
9. Załóż, że osoba, której słuchasz, może wiedzieć coś, czego Ty nie wiesz (zwykle złość chce wygrać): https://www.youtube.com/watch?v=wopkwSfbRlQ
10. Bądź precyzyjny w swojej mowie (język porządkuje chaos): https://www.youtube.com/watch?v=d3ktWt8r5Eg
11. Nie przeszkadzaj dzieciakom jeżdżącym na deskorolce (stawiają czoła niebezpieczeństwu i uczą się odwagi): https://www.youtube.com/watch?v=TzAikAv17ds
12. Pogłaszcz kota na ulicy (czyli jak poradzić sobie z tragedią i nadmiarem bólu): https://www.youtube.com/watch?v=0f0dCGzZU-Y&t=14s


Polecam inne filmiki Petersona, człowieka szczerego, oczytanego i inspirującego.Nie musisz się ze wszystkim zgadzać, ale widać, że przeżył na sobie sobie wiele z prawd, które głosi. Od fundamentu, jakim jest szczerość i uczciwość w małżeństwie, przez cierpienia jego chorującej córki, aż po jego odwagę w przeciwstawianiu się kuriozum prawodawstwa kanadyjskiego. Każdy z nas szuka prawdy i inspiracji. Szukamy modeli, ludzi, którzy pokazują, że można, że warto, że istnieje coś poza pędem za pieniądzem i sławą. Za często widzę ludzi naiwnych, łudzących się, że robią coś wspaniałego, dla dobra ludzkości. Dzisiaj promuje się bycie "miłym" i "akceptującym wszystko i wszystkich". A ja mówię - nie zgadzam się!. Szukam alternatywy, bo nie chcę przymykać oka na wszystko, w ramach wygody, świętego spokoju czy strachu. Chcę mieć prawo do bycia sobą i wychowywanie dzieci w sposób tradycyjny. A na koniec przytoczę sytuację z Facebooka. Prywatny wpis, podzieliłam się artykułem, o nieprzystosowaniu systemu edukacji do potrzeb chłopców (wiecie, siedzenie w ławkach i oczekiwanie, że będą zadowoleni słuchać i nie świrować na przerwach). Skomentowała jedna z moich bezdzietnych, młodych znajomych. Zasugerowała, że sieję seksizm i deprecjonuję osiągnięcia ruchu feministycznego...Na początku mnie nieco zatkało, a potem spokojnie przypomniałam sobie, że nie ma dzieci i jest młodsza ode mnie, do tego Aussie...Wytłumaczyłam grzecznie, że nie o seksizm chodzi, ale o biologiczne różnice pomiędzy płciami i niestety, system edukacyjny sprzyja dziewczynkom (słuchanie i  grzeczne siedzenia w ławkach, pisanie, czytanie i kolorowanie). Jak wiemy, większość chłopców (nie tylko!) lubi ruch, rywalizację, książki  o faktach i jeśli już literowanie to najlepiej na komputerze. Nic odkrywczego, ale w świetle dzisiejszego, wypaczonego feminizmu, jest to niezrozumiałe! Zwłaszcza dla nie-matek chłopców...To nie jest tylko moja wyobraźnia, to jest nowe pokolenie, wypaczone, wychuchane, oderwane od rzeczywistości i wyprane ideologią lewicową. Gdzie równouprawnienie (wg mnie szacunek dla obu płci) jest interpretowane jako przymus wypełnienia wszystkich stanowisk stosunkiem płciowym 50/50. A gdzie trans? A gdzie homoseksualiści? Czy też jakiś procent się należy?! No nie da się! Nie ma sprawiedliwości  nie ma sztucznej równości!!! Liczą się kwalifikację i umiejętności, ale nie...na studiach musi być odpowiedni procent Aborygenów i kobiet...w Hollywood musi być odpowiedni procent azjatyckich aktorów i kobiet w głównych rolach...świat zwariował...nie da się! To się nie uda! Teraz zamiast umiejętności zacznie liczyć się kolor skóry i pochodzenia, jak odwrócony apartheid w RPA. Zamiast prawdy, zacznie liczyć się to, co narzuci władza...
Czym to tak bardzo różni się od komunizmu? Czy ruch #MeToo służy dobru kobiet czy nagonce na mężczyzn? Zastanówcie się. Dobrymi chęciami piekło jest wybrukowanie. I jakkolwiek chcemy, aby świat był wolny o nadużyć seksualnych, poniżania kobiet, niesprawiedliwości społecznych, biedy i wyzysku...to niestety metoda na "róbta co chceta" nie jest wyjściem. Zmuszanie ludzi do akceptowanie wszystkiego jak leci - nie jest wyjściem.
Wyjściem jest wzięcie pełnej odpowiedzialności za siebie, swoje życia i zrobienie z niego użytku. Poświęcenie swojej przyjemności dla większego dobra, uszczknięcie swojej wygody dla wychowania dzieci, odmówienie sobie gadgetów i łatwego życia dla dobra środowiska, uświadomienia sobie swojego egocentryzmy dla pracy nad trwałym małżeństwem, odpuszczenia pogoni za pieniądzem dla dobra rodziny i swojego zdrowia psychicznego, odklejenia się od ekranu na rzecz cieszenia się przyrodą, wyzbycia się swojej pychy na rzecz istnienia czegoś/kogoś większego ode mnie...
Jest tego sporo...ciężko mi wymienić i sensownie ułożyć, marny ze mnie filozof i intelektualista. Jedyne co wiem, to że kiedyś wszyscy umrzemy i chciałabym, aby każdy z nas miał poczucie, że przeżył swoje życie najlepiej jak umiał. Bez zbędnych kompromisów i tchórzostw, bez kłamstw i udawania. Że zostawił po sobie ślad w postaci życia - chcianego i kochanego. Nie, bo było wygodnie i w pełni zaplanowanie...My, mieszkający "na zachodzie" mamy już tak poprzewracane w głowie od wygody i dobrobytu, że zapominamy po co właściwie żyjemy. Szukamy dziury w doskonałym świecie, a tak naprawdę to sami jesteśmy tą dziurą, niedoskonałością, człowiekiem skłonnym do najgorszej zbrodni i najwspanialszego aktu odwagi. Jesteśmy człowiekiem, który każdego dnia powinien starać się być odrobinę lepszy, a zamiast tego staje się odrobinę gorszy.

Dziś patrzyłam na moje zasypiające dzieci. Niewinne, urocze, nieświadome czyhających nie nie niebezpieczeństw. Wierzę, że moje wychowanie będzie silniejsze od ignorancji szkoły i siły internetowej pornografii i narkotyków na ulicy. Wierzę, chcę wierzyć, że miłość w naszej rodzinie wygra z bylejakością świata, który mówi: rób co chcesz, byle było wygodnie. Ja mówię: bądź uczciwy, szczery i prawdziwy, bo tego nie można kupić...za żadne pieniądze...Wierzę...

10 naj Australii

"10 NAJ Australii" jest częścią projektu zainicjowanego przez Klub Polki na Obczyźnie, zatem postaram się o szczyptę obiektywizmu i powściągnięcie mojej wyobraźni i pokazanie Wam tego, za co lubię Australię. Mam się zmieścić w dziesięciu punktach, tak? Dobre sobie...

1. Australia to NAJlepszy kraj do emigracji, ucieczki, odcięcia się od polskości. Jeśli chcesz być DALEKO od wszystkiego i ciągle móc porozumiewać się po angielsku - wybierz Australię.

Wspaniała przestrzeń, wielkie odległości od miast pozwalające na rzadkie wizyty i raczej nie samochodem...Jeśli lubisz świeże powietrze wokół siebie, niezaburzone przez inny oddech ludzki, spore miejsca parkingowe (samochody bywają tu spore), miejsce na plaży niezagrodzone przez parawaniki, poczucie, że możesz iść i iść (lub jechać) i końca nie widać...to jest to miejsce najlepsze na świecie. Kiepski Internet i brak zasięgu, tylko pomaga się zrelaksować i przywrócić umysłowi równowagę.
To wspaniałe miejsce do ucieczki od dotychczasowego życia (nic dziwnego, że dawniej służyło jako miejsce zesłania, ale nieco cieplejsze od Syberii) i zresetowanie dotychczasowych wartości.
Jest daleko do Europy. Muzyka i inne kulturalne i modne hity przychodzą z opóźnieniem, a wszystko to, będąc pół dnia do przodu (różnica czasowa)!
Zatem, jeśli kręci Cię podróż przed siebie, to polecam Eyre Highway, 1,675 km autostrady łączącej Zachodnią Australię z Południową. To też najdłuższa w kraju droga zawierające odcinek bez ani jednego zakrętu - 146.6km. Idealne miejsce do testowania automatycznych samochodów! Samo życie w Australii niestety nie jest równie proste jak ta autostrada...


2. NAJpiękniejsze niebo nocne. 

Tutaj możesz zobaczyć sto razy więcej gwiazd niż w Northern Hemisphere, bo patrzymy bezpośrednio w samo serce Drogi Mlecznej. Jeśli po raz pierwszy po przyjeździe z Europy spojrzysz w niebo na australijskim outbacku, to pierwsza Twoja myśl będzie: "Ale tutaj jest dużo gwiazd!
Druga: "Czekaj czekaj...wszystko jest jakoś tak...do góry nogami! I gdzie jest Duży Wóz?!" link

Niebo tutaj często jest bezchmurne, powietrze dużo czystsze i suche, a znalezienie miejsca wystarczająco ciemnego do obserwacji - dość szybkie.  Nauczyła się już wyszukiwać Krzyż Południa, w prawidłowy sposób wybierać miejsce na kocyk pod drzewem (słońce przesuwa się w przeciwną stronę), ale ciągle nie mogę skumać, że kierunki świata nie odpowiadają miejsce gdzie słońce wschodzi i zachodzi...Do tego powinnam w przeciwną stronę mieszać kawę z cukrem! Pamiętajcie o sile Coriolisa!

Zatem nawet w terenie podmiejskim możesz wyjść do ogrodu (większość Aussie mieszka w domu z ogrodem) i zrobić portret Łysemu - jak poniżej. Wszystko do góry nogami :)




3. NAJpiękniejsza i najbardziej samotna skała - Uluru.

Uluru to miejsce, które każdy Australijczyk powinien odwiedzić raz w życiu. W praktyce robią to głównie imigranci. Cudze chwalicie, swego nie znacie, jest prawdziwe na każdej szerokości geograficznej.
Skała ta, powstała 600mil lat temu, robi wrażenie przede wszystkim swoim tajemniczym wyglądem pośród pustkowia oraz zmianą kolorów w zależności od pory dnia. Najpiękniejsza jest o zachodzie, ale równie ciekawa o wschodzie słońca. To co widzimy to tylko wierzchołek "góry lodowej", a konkretnie 348 m. Reszta - 2,5 km siedzi sobie spokojnie pod ziemią...
Uluru jest też świętym miejscem dla Aborygenów i pewnych części skały nie wolno fotografować. Kiedyś można było się wspinać na szczyt, ale od jakiegoś czasu zostało to mocno ograniczone (bywały też wypadki śmiertelne). Najlepiej jest wybrać się na kilkudniowy kemping do Ayers Rock Resort i powoli napawać okolicą. "Spacer" wokół Uluru zajął nam 6 godzin. Głównie z powodu dwóch, ciężkich bagaży na plecach, marudzących i znudzonych płaskim terenem. Na wspinaczkę rodzinną zdecydowanie bardziej polecam pobliski (4 godziny - rzut beretem) Kings Canyon...



4. NAJdziwniejsze zwierzaki i najbardziej zabójcze stworzenia w Australii.

Wczoraj przeczytałam artykuł o tym, że jeden z odcinków Peppa Pig został zakazany na terenie Australii, bo pokazywał pająka Mr Skinny Leg jako przyjaznego i słodkiego... Decyzja motywowana bezpieczeństwem dzieci...
Ja bym tu nie demonizowała zwierzaków z Down Under, ale warto wystrzegać się m.in. małego pajączka z czerwoną plamką, redback spider oraz Sydney Funnel-web spider.
Wśród najbardziej jadowitych stworzeń na świecie, jest kilka z Australii. Warto przy wyborze miejsca zamieszkania, mieć to na uwadze. Są lepsze i gorsze rejony... Światową listę znajdziesz tu: www.planetdeadly.com
Zatem na codzień w Australii aktywnie unikamy węży (Inland Taipan - jego jad wystarcza do zabicia 100 osób!), pająków, krokodyli, rekinów i pomniejszych morskich stworzeń jak blue-ringed octopus, stonefish, cone snail, box jellyfish.
Nawet zwierzątka, które wyglądają słodko lub co najmniej dziwnie i są symbolem Australii, mogą być niebezpieczne. Wpaść samochodem na kangura? Zapomnij, cały możesz z tego nie wyjść. Wombaty podobno też są bardzo twarde i mogą zniszczyć samochód (fatal crash). Koale (to nie misie!) mają bardzo ostre pazury. Duck-billed platypus ma jad w pazurach i może Cię tym potraktować jak pszczoła.
Mogłabym tak jeszcze mnożyć i straszyć, dodając do tego komary, dziobające magpie (właśnie zaczął się sezon na dziobanie - wiosna) i toksyczne ropuchy. Prawda jest taka, że nigdy nie mieszkałam w Queensland czy Northern Teritory, gdzie tych stworów jest najwięcej i wszystko to tak na prawdę kwestia przyzwyczajenia i dostosowania się. Serio!


5. NAJpiękniejsze zakątki do nurkowania i plaże.

Great Barrier Reef jest największą rafą koralową na świecie. O ciekawych faktach możecie poczytać sobie tutaj.
Ja dodam, że niestety z powodu ocieplenia się wód oceanicznych oraz innych niezależnych od człowieka przyczyn (przestańmy się łudzić, że tak doskonale rozumiemy świat i mamy na niego taki głęboki wpływ), rafa się wybiela...traci kolor i przemysł turystyczny zaczyna mieć problem. Już podobno takie zjawisko miał miejsce na ziemi wcześniej, zatem miejmy nadzieję, że naszej rafie niedługo zacznie przybywać rumieńców, bo jeszcze nie byłam, a chciałabym ponurkować! Tymczasem pozostają mi inne, bliższe rejony.
Zamiast zabytków w Australii mamy cudowne plaże! Są malutkie, dzikie plaże. Są takie, gdzie wjeżdżasz samochodem i surfujesz z przerwą na BBQ. Plaż mamy pod dostatkiem (10 685) i może dlatego nigdy nie są zatłoczone? Najbardziej znana jest "sydneyska" Bondi, ale ja chcę tu poważnie podejść do tematu i pokazać Wam prawdziwie najpiękniejszą plażę. Oficjalna lista tutaj, ale na mojej prywatnej liście jest Wineglass Bay w Tasmanii. To taka mityczna plaża, na którą chcę wrócić, bo nie udało nam się do niej dotrzeć - dzieci na plecach i upał nas pokonały...Zatem zostawiam sobie i Wam teaser...



6. Coober Pedy - największa kopalnia opalu na świecie i wyjątkowa osada pod ziemią.

Jeśli wybierasz się do Uluru to nie ma opcji, abyś nie zajrzał do Coober Pedy - miasteczko założone w 1915 roku. Jest to największa kopalnia opalu na świecie i jeden z największych producentów tego kamienia. Obecnie jest to popularny kierunek turystyczny. Z powodu klimatu (gorąco i sucho), ludzie zaczęli mieszkać w domach wykutych w skale. Mieliśmy okazję pomieszkać w takim hotelu. Skała doskonale utrzymuje stałą, komfortową temperaturę, jedynie brak okien może przeszkadzać...
Z ciekawostek, to spotkaliśmy tam księdza katolickiego, którego parafia rozpościera się z teren odpowiadający powierzchni Francji... Daje do myślenia...
Mnóstwo lat zajęło wykucie tego kościoła i jest sporo polskich akcentów, a jakże!



7. NAJfajniejszy angielski.

Każdy, kto trochę pomieszkał w anglojęzycznych krajach wie, że angielski a angielski to dwie różne sprawy. Najczystszy i najmniej problemowy akcent to wg mnie kanadyjski angielski. Jednak NAJfajniejszy jest australijski. Specjaliści ciągle nie mogą się zgodzić co do źródła bardzo popularnych zdrobnień i skrótów w Aussie języku, jednak wydaje się, że najprawdopodobniej wynika to z chęci oswojenia groźnej przyrody i przestrzeni. Zdrobnienie powoduje, że nawet największe niebezpieczeństwo nie jest już takie straszne, a 1000 km kurczy się do 100 metrów. Zatem mamy mossie zamiast mosquitoes, Aussie zamiast Australian, Tassie zamiast Tasmania, Bikie - harleyowiec, brekkie - breakfast, arvo - afternoon, sparky - electrician, reno - renovation, Chrissy - Christmas itd.

Zatem G'day mate!

8. The most livable city - Melbourne

Siódmy rok pod rząd Melbourne zostało okrzyknięte NAJlepszym miastem do życia na świecie link.
Sporo czynników zostało wziętych pod uwagę i pewno wiele racji w tym jest. Na szczęście moja kochana Adelaide jest nr 5!
Nie cierpię statystyk i tego typu rankingów, ale Australia ma wiele miejsc, które pozwalają na szczęśliwe życie. Pod warunkiem, że na to sobie zapracujesz. Aby móc cieszyć się przyrodą, trzeba wśród niej spędzać czas. Jeśli chcesz za grosze/centy spędzać rodzinny czas - trzeba tego chcieć i to sobie zorganizować. Jeśli chcesz być zdrowy - to trzeba o to zdrowie dbać. Podobnie z mieszkaniem w najwspanialszym mieście do życia na świecie. Dla mnie jest to Adelaide, bo ma wszystko od klimatu, przez plaże, góry, jeziora, outback, parki....wszystko na wyciągnięcie ręki (samochodu) i kompaktowo. Adelaide jest też jedynym miastem w Australii, które zostało od początku ZAPLANOWANE, i jest założone jako jedyne przez WOLNYCH OSADNIKÓW, a nie zesłańców i przestępców...Jest się czym chwalić? :)



9. NAJlepsze wino i kawa.

Australia jest znana z pysznego wina i dobrej kawy. To dwa, bardzo ważne elementy tutejszej kultury. Zamiłowanie do kawy przyszło wraz z imigrantami z Włoch. Kawa jest wszędzie i bez niej trudno zacząć dzień. Typowo australijskim wynalazkiem jest flat white. Coś mniej pienistego od latte :)
Wg Google: Flat White has an even mix of liquid milk and smooth velvet foam so it feels like drinking an espresso, only yummier. Cappuccino has stiff foam and feels like drinking bubbles with a bed of coffee hidden at the bottom. Latte is milky, has a little foam on the top and feels like drinking a milky coffee.

Wino to kolejny trunek uwielbiany przez Aussie, oprócz oczywiście piwa. Ciężko mi będzie wymienić australijskie NAJ jeśli chodzi o wino. Jest wiele wspaniałych winiarni w Tasmanii (najlepszy rejon dla białego wina), w NSW, Victoria czy SA...W moich rejonach Barossa Valley jest takim top miejscem i popularne są wycieczki objazdowe wraz z "cheese platter" i smakowaniem wina.
Najpopularniejsza tania marka, znana w Europie to Yellow Tail. I jeśli zastanawiasz się, dlaczego wino australijskie należy do najtańszych w Europie, to odpowiedź brzmi: jakoś trzeba było wejść na rynek europejski i konkurować z Francją czy Włochami...cena i ilość okazała się dobrym chwytem marketingowym. I chyba niestety tak już pozostało...


10. NAJmniej spodziewane fakty i NAJwiększy psikus...

Wszyscy lubimy ciekawostki, zatem oto kilka NAJ.
Najzimniejszym regionem Australii są Snowy Mountains, gdzie śnieg i mróz króluje przez większość okresu zimy. Tam też zarejestrowano najniższą temperaturę −23.0 °C w Charlotte Pass, 29 czerwca 1994 roku.
Najwyższym szczytem tych gór jest Góra Kościuszki, , której polskiej nazwy nie są w stanie wypowiedzieć lokalsi. Brzmi to mniej więcej tak: Kozijosko Mountain...
Podobny problem jest ze Strzelecki National Park. To właśnie Strzelecki, nasz polski podróżnik zrobił tego psikusa Australijczykom i nadał nazwę najwyższemu szczytowi po polskim bohaterze...
Najgorętszy rejon to Alice Springs, gdzie najgorętszy dzień zanotowano w Finke 1 and 2 stycznia 1960 i było to 48.3 °.


Polskie dzieci na emigracji nie gęsi, swój język mają...

"Dlaczego Twoje dzieci nie mówią po polsku? Pewno Wy też nie mówicie w domu?" (wszyscy)

"Ale to jest dziwne. Ty mówisz po polsku, a dzieci odpowiadają po angielsku. Jakiś kosmos!" (znajomi)

"Gdybym była na Twoim miejscu, to bym wysłała ich do polskiej szkoły!" (znajomi dobra rada)

"Twoje dzieci nie mówią po polsku, bo ich za mało ciśniesz" (ambitni znajomi)

"Moja znajoma, ma koleżankę w Anglii i jej dzieci mówią płynnie po polsku. To znaczy, że się da!" (znajomi, co nigdy nie mieszkali za granicą)

"Ja potrafiłam Was nauczyć języka ojczystego, dlaczego nie nauczycie własnych dzieci" (Matka do córki - drugie pokolenie za granicą).


To są przykłady komentarzy, które usłyszałam od różnych ludzi w różnych kontekstach.

Od czasu do czasu, jak bumerang aborygeński, powraca temat uczenia dzieci na emigracji języka polskiego.
Temat ważny i...skomplikowany. Skupię się na dzieciach w krajach anglojęzycznych. Język, to nie tylko słowa, to też świadomość i tożsamość, sposób na wyrażenie siebie...

Ekspertem od języka jestem takim samym jak ekspertem od wychowania dzieci. Żadnym. Mam własne latorośle i jakoś nie wpadł mi jeszcze w ręce podręcznik, który pomógłby mi je skategoryzować lub przynajmniej okiełznać. Ciągle się ich uczę. Dlatego uważam, że w kwestii przekazywania kultury i języka, powinno się przyjąć następujący punkt wyjścia:

1. Każde dziecko jest inne.
2. Nie ignoruj swoich doświadczeń i przekonań oraz tego, jaki to ma wpływ na dziecko.
3. Zignoruj babcie, ciotki, fejsbuki i innych co wszystko wiedzą lepiej. Najprawdopodobniej jedynie Twoje dziecko wie lepiej...

TWOJA MOTYWACJA

Dlaczego chcesz nauczyć swoje dziecko języka polskiego? Warto odpowiedzieć sobie na to pytanie. Bo odpowiedź bywa mało oczywista.
Są polscy emigranci, którzy mówią, że polski to nieprzydatny język, za trudny i w ogóle po co męczyć własne dzieci uczeniem go. Są tacy, co nie tyle nie przekazują języka ojczystego, co się go...wstydzą i do dzieci tylko po angielsku...nawet łamanym. Czasami stwierdzamy, że nam się nie chce albo mamy za mało czasu.
Wiecie, język to nie tylko słowa, to też myśli i sposób wyrażania emocji. Zgłaszali się do mnie ludzie szukający terapii po polsku, nie dlatego, że nie mówili biegle po angielsku. Oni najlepiej wyrażają skomplikowane, wewnętrzne zmagania i emocje w języku ojczystym. To on najlepiej opisuje ich przeżycia i przywołuje obrazy...

Dlatego odpowiedzcie sobie na pytanie po co chcecie uczyć swoje dzieci własnego języka? One chcąc nie chcąc będą identyfikować się z j. angielskim i kulturą kraju zamieszkania.

Czy chcesz, aby Twój potomek rozumiał co dokładnie czujesz i wiedział podskórnie jakie to jest ważne i szczere i naturalne? Dużo autentyczniej brzmi jak mrukniesz k...wa pod nosem niż krzykniesz angielskie słowo na f? Dlatego przecież łatwiej nam się przeklina i mówi na tematy wstydliwe po angielsku, bo jakby z dystansem...
Może chcesz, aby na wszelki wypadek, gdybyście wrócili do Polski, dziecko sobie poradziło w szkole...hmmm...powodzenia!
A może chciałbyś, żeby potomek mógł komunikować się z rodziną w Polsce? Może język kiedyś się mu przyda? Może...
Na pewno wielojęzyczność wpływa dobrze na kreatywność i łatwość uczenia się kolejnych języków. Dwujęzyczne dzieci są bardziej otwarte i elastyczne.

Dlaczego ja zdecydowałam się uczyć moje dzieci mówić po polsku?
Bo mam męża Polaka i naturalnie mówimy po polsku w domu. Bo to jest język mojego wnętrza i moich doświadczeń. Bo chce móc się wyrazić i być zrozumiana. Bo to jest mój język miłości i troski. Bo chcę rozwijać w dzieciach wyobraźnię i tylko po polsku umiem! Dzięki pracy uczę się przykładowo angielskich "lullabies", ale całe moje poczucie humoru, zabawy językowe, szczegółowe opisy...są po polsku. Po angielsku bym udawała, czułabym się jak aktor w nieswojej skórze...a dzieci to czują...
Nie czuję aż takiej potrzeby wychwalania polskiej kultury, bo szczerze, wiele mi się nie podoba. Jednak warto jakoś dziecku wytłumaczyć, dlaczego chcę z nim rozmawiać po polsku. 
Może czytać oryginalne teksty niedostępne po angielsku. Może mieć sekrety z bratem i koledzy nie zrozumieją. Może pojechać do Polski i sobie poradzić...może też lepiej zrozumieć swoją mamę, bo ona nigdy nie będzie 100%-wym Aussie.
Może w końcu przygotować na "show and tell" prezentację o Mikołaju Koperniku i wypowiedzieć jego imię w oryginale...bo z Marią Skłodowską to i tak wszyscy myślą, że Francuzka...

Wierzę, że Ci co gimnastykują swój umysł, żyją dłużej i dłużej myślą jasno. Chcę, aby moje dzieci były twórcze i pewne swoich atutów. Wielojęzyczność w tym pomaga. Wielokulturowość poszerza horyzonty.

Nie łudzę się, że moje dzieci będą mówić biegle po polsku bez akcentu. Wiem za to, że będą rozumieć, czytać i pisać w tym języku na tyle, żeby sobie poradzić.
To już moje zadanie...

STEREOTYPY
Na temat nauki języka polskiego istnieje kilka stereotypów i warto się z nimi uporać, zanim zaczniemy "zmuszać" nasze dzieci do nauki polskiego.

Po pierwsze, to, że w domu mówimy po polsku lub jeden z rodziców mówi do dziecka po polsku, nie oznacza automatycznie, że maluch zacznie płynnie władać tym językiem. Jest to jednak warunek konieczny, żeby dziecko osłuchało się języka i nabyło potencjalnej umiejętności rozróżniania specyficznych, polskich fonemów, intonacji i rytmu ojczystego języka. O czym mówię? 
Otóż niemowlę w pierwszych roku życia jest szczególnie wrażliwe na dźwięki i wystawianie go na wpływy różnych języków znacznie przyspiesza ich naukę w okresie późniejszym.

Mózg dziecka najlepiej przyswaja samogłoski w 6 miesiącu życia, a spółgłoski w 9 miesiącu.  Okres wzmożonej wrażliwość wydłuża się, gdy dziecko słyszy także dźwięki w innym języku. Takie dziecko jest wstanie nauczyć się płynnie mówić w drugim języku do 7 roku życia.

Dlaczego nie rozróżniamy pewnych dźwięków w innych językach? Dlaczego dziwaczne dźwięki w mandaryńskim, subtelne intonacje w japońskim są dla nas jak niesłyszalna magia? Odpowiedź jest prosta. Z wiekiem zatraciliśmy tę naturalną wrażliwość na dźwięki a nasz mózg przetwarza usłyszane dźwięki w wyuczony sposób. To takie uproszczenie, bo doskonale wiemy, że są osoby uzdolnione językowo, które przeczą stereotypom. Są też ludzie z uszkodzeniami specyficznych części mózgu, którzy nie są w stanie nauczyć się języka obcego.

Aby mówić w ojczystym języku dziecko musi rozróżniać około 40 z 800 fonemów (fonemy to podstawowe jednostki dźwiękowe z których składają się słowa).

Dzieci najszybciej uczą się słów, gdy my – ich pierwsi nauczyciele, nazywamy przedmioty kierując na nie wzrok. Dzieci unikające kontaktu wzrokowego z rodzicem wolniej uczą się mówić, to samo dotyczy dzieci z autyzmem.
Maluchy lubią wyższy ton, wolniejsze tempo mówienia i przesadną intonację. Język "przesadny" wyolbrzymia różnice pomiędzy dźwiękami, stąd dzieci łatwiej mogą odróżnić jeden dźwięk od drugiego. 

NATURALNE PREDYSPOZYCJE DZIECKA

Jak najprościej sprawdzić, czy nasze dziecko ma potencjał językowy? Poproś je o powtórzenie bezsensownych sylab i słów. Im lepiej mu to wychodzi i im dłuższe zlepki potrafi powtórzyć, tym lepiej to wróży nauce języka. Dlaczego?
Nie wchodząc nadmiernie w szczegóły...jest coś takiego jak pętla fonologiczna - krótkotrwała pamięć dźwięków. Pętla fonologiczna jest w stanie utrzymać dowolną liczbę słów (również chodzi o czytanie po cichu!), o ile ich artykulacja nie jest dłuższa niż 2 sekundy. 
Piszę o tym, bo to jest doskonały przykład wyjaśniający potencjalne przyczyny opóźnienia mowy lub trudności przy nauce języka obcego. Mój syn do 6 roku życia miał problemy z powtórzeniem słów wielosylabowych, powtarzaniem bezsensownych zlepków (pewno język polski czasem tak dla niego brzmi!) i wykonywaniem złożonych instrukcji.
W takich sytuacjach pozostaje ćwiczyć, ćwiczyć, ćwiczyć...

Ja kiepsko się uczę ze słuchu, wolę zobaczyć i wtedy lepiej zapamiętuję. Zatem wracając do stereotypów...
Po drugie, dzieci mają specyficzne predyspozycje i to co działa w jednej rodzinie, nie koniecznie działa w drugiej. Dlatego alergicznie reaguję na teksty typu: "a moja znajoma..."
Dziecko w nabywaniu umiejętności korzysta z wielu zmysłów. Czasami popełniamy błąd i poprzestajemy na jednym, bardzo zawodnym - słuchu.
A mamy przecież cały wachlarz możliwości! Mamy dotyk, wzrok, zmysł ruchu i równowagi, nawet zapach! 
Jeśli kiedykolwiek interesowaliście się podejściem do nauczania w Montessori, wówczas bylibyście pod wrażeniem, jak świetnie to podejście wykorzystuje naukę przez łączenie zmysłów. Im więcej zmysłów zaangażujesz do nauki np. liczenia, tym szybciej i trwalej ta wiedza się konsoliduje.

Jeśli Twoje dziecko preferuje pewne zmysły, jest przykładowo słuchowcem lub wzrokowcem, to warto wziąć to pod uwagę przy nauce języka i wykorzystać mocne strony malucha.

ŚRODOWISKO

Kolejnym stereotypem jest przekonanie, że używanie danego języka w domu wystarczy do jego nauki i biegłego posługiwania się nim. Nic bardziej mylnego. Bierna znajomość języka to nie to samo co używanie go. Bez wystawienia na bardziej zróżnicowane środowisko, bogate językowo, czytanie książek w tym języku itd. język dziecka ograniczony do domowych konwersacji, chcąc nie chcąc pozbawionych aspektu języka naturalnego i żywego. Ja mówię po polsku, dziecko odpowiada po angielsku - typowe! Dzieci są sprytne i wiedzą, kiedy je rozumiemy. Po co się męczyć?
Dzieci również szybciej uczą się od rówieśników i naturalnie ciągną do konwersacji mających dla nich znaczenie społeczne.
Brak szerszego grona osób mówiących po polsku skutecznie utrudnia jego naukę i obniża jego atrakcyjność i praktyczny wymiar.
Dlaczego polskim emigrantom z lat 80-tych było łatwiej nauczyć swoje dzieci polskiego? Bo byli często zamknięci w gronie rodaków, sami kiepsko mówili po angielsku i oczekiwali, że dzieci będą mówić po polsku - bez wymówek! Nakaz to nakaz.
Obecni emigranci chętniej się mieszają, są otwarci i znają angielski. Jaką motywację może mieć dziecko, jeśli rodzic nie "zmusi"? Koledzy mówią po angielsku, a rodzice rozumieją, więc po co?!
Zarówno pierwsze pokolenie emigrantów nie rozumie do końca tej równicy i oskarża swoje dzieci, że nie uczą wnuków, tak również reagują Polacy co nosa nie wychylili spoza ojczyzny...Wina rodziców, że "nie zadbali"...

Przeświadczenie, że trzymając dzieci w domu i intensywne ucząc języka polskiego zanim pójdą do szkoły wystarczy, aby później mówiły biegle.
Niestety wielu Polaków izoluje dzieci od środowiska anglojęzycznego, często tuszując w ten sposób własne ograniczenia językowe i strach.
Takie dzieci i tak nauczą się angielskiego w szkole (oczywiście lepiej gdyby umiały wcześniej!), a z czasem, mimo starań rodziców, zaczną zapominać i preferować angielski. 

Może warto wpierw zaakceptować sytuację i możliwe scenariusze, a potem zaplanować strategię?
Czasami bardziej nam przeszkadza krytyka ze strony rodziny, niż fakt, że dzieci nie mówią dobrze po polsku...Zastanów się co tak naprawdę czujesz?

JAK I KIEDY UCZYĆ POLSKIEGO?

Hmmm...chyba nie sądzisz, że odpowiem na to pytanie?! haha
No dobra...powiem jak jest i jak ja to robię. Inni robią inaczej, a inni jeszcze inaczej. Traktuj doświadczenia innych jako inspirację...

W rodzinach wielojęzycznych, np. matka Polka, ojciec Niemiec, rodzina mieszkająca w Australii, sytuacja jest prosta. Żartuję. Zasada jest prosta a sytuacja nieco bardziej skomplikowana.
KAŻDY RODZIC POWINIEN MÓWIĆ DO DZIECKA W SWOIM JĘZYKU OJCZYSTYM A MIĘDZY SOBĄ W JĘZYKU WYBRANYM, NIE KONIECZNIE JĘZYKU KRAJU ZAMIESZKANIA!

Dla dziecka to wspaniała ekspozycja na języki! Z czasem warto zdecydować jakiego języka dziecko będzie się uczyć czytać i pisać (oprócz języka kraju zamieszkania). Po co? Moje dziecko jest wzrokowcem, lepiej zapamiętuje to co widzi. Czytanie i pisanie utrwala język, pomaga go wzbogacić i pozwala w pełni się komunikować. Byliście kiedyś w Rosji lub Ukrainie i próbowaliście czytać cyrylicę?

W rodzinach polskich, mieszkających w kraju anglojęzycznym sprawa jest prosta. Serio. MÓWIMY DO DZIECKA ZAWSZE PO POLSKU.
Język można umiejscawiać ze względu na miejsce lub kontekst. Przykładowo: W domu mówimy po polsku i w towarzystwie, jeśli konwersacja jest tylko między mną a dzieckiem.
Po angielsku w domu, jeśli ćwiczymy, robimy zadanie domowe, czytamy angielską książkę. Po angielsku poza domem, w pozostałych sytuacjach. W mieszanym towarzystwie - zawsze angielski.

Konsekwencja w używaniu języka jest największym problemem rodziców. Polacy na emigracji mieszają słowa, "pongliszują", automatycznie podpowiadają po angielsku do mówiącego po angielsku dziecka (mam tak ze znajomymi Polakami, mają problem z mówieniem po polsku do moich dzieci, mimo, że ich własne też mówią po angielsku i uczą ich polskiego...).
Sytuacja taka jest większym obciążeniem dla naszego umysłu. Nie tylko staramy się korygować zachowania dziecka i uczyć je prawidłowych wzorców, dodatkowo musimy pilnować własnego języka (nie tylko na poziomie intencji, wyrażanych emocji i sposobu formułowania zdań) i odpowiednio odpowiadać po polsku na angielskie wyrażenia dziecka!
TO JEST CIĘŻKA PRACA!  A jeszcze do tego czytanie i pisanie?

Kiedy uczyć polskiego? Od początku, cały czas i kiedy się tylko da, ale PRZEZ ZABAWĘ! Nie trzeba dużo, aby język polski kojarzył się dziecku z nakazami i zakazami, bo czasem do tego sprowadza się komunikacja w domu. Jednak nauka czytania i pisania powinna mieć miejsce po tym, jak dziecko nauczy się tego w wiodącym języku, czyli w naszym przypadku angielskim.
Wiem, że są dzieci, które w mig łapią 4 języki i ich nie mieszają. Są też takie co mówiąc od 2rż jak katarynki.
Ja chcę pokazać sytuację, kiedy dziecko ma wolniejszy rozwój mowy, a nawet opóźniony i nie jest takie uzdolnione. Wtedy jest potrzebna PRACA.

Moje dzieci uczę języka non stop, bo do nich mówię. Jednak jak uzyskać efekty w postaci aktywnego używania języka polskiego przez dzieci?
To jest grubsza sprawa.
Nie wszystkie lubią śpiewać i powtarzają wszystko po mamie.
Niektóre mają problemy z wymawianiem twardych zgłosek i się zniechęcają.
Spora część dzieci oszczędza energię na zabawę i wybiera język łatwiejszy, bo mama i tak przecież rozumie.
W niektórych rodzinach jest więcej niż jedno dziecko i zgadnij w jakim języku rodzeństwo ze sobą będzie rozmawiać?

Stosuję wzmocnienia pozytywne i wygaszam niechciane zachowania...
A po polsku? Promuję używanie języka polskiego.

Jeśli dziecko poprosi o coś po polsku, to szybciej to dostaje.
Jeśli przeprosi po polsku, szybciej się godzimy.
Jeśli spontanicznie powie coś po polsku, to wszyscy to zauważamy i nagradzamy pochwałą, uśmiechem, zabawą.
Pozytywnie wzmacniamy wszelkie próby udane i nieudane mówienia po polsku.
Zabawy w samochodzie, mówienie różnych słów w trzech językach (syn ma japoński w szkole), liczenie po polsku podczas wycieczek ...co się da.

W momencie, gdy syn dotarł do 18 poziomu czytania po angielsku (dzieciaki dostają takie książeczki do czytania, które podzielone są na poziomy 1-40. Na poziomie 16-20 dziecko potrafi czytać proste teksty zawierające też nieznane mu słowa i jest mniej obrazków...), wprowadziłam naukę czytania po polsku.
Seria "Kocham czytać" Cieszyńskiej jest świetnym początkiem. Są obrazki, są proste ćwiczenia na wymowę specyficznie polskich zlepków dźwięków i od tych polskich dźwięków trzeba zacząć.
Na początku dziecko będzie czytać "c" jak "k", "j" jak "dż" albo "w" jak "ł", ale z czasem jest coraz łatwiej. Angielski jest na tyle ugruntowany, że polski nie będzie interferował.

Dlaczego proponuję taką kolejność? Bo język angielski jest specyficzny i wiele słów nie czyta się tak jak się pisze. Dzieci w szkole zaczynają naukę czytania nie od literowania, ale od tzw. "sight words", które uczą się na pamięć. Potem uczą się strategii czytania słów dłuższych i tych, których nie znają.
O wiele łatwiej nauczyć dziecko czytać po polsku, jeśli już umie po angielsku, niż odwrotnie. Mniej zmian do wyuczonej już strategii.
Przykładowo mój drugi syn chodzi do Montessori i tam podchodzą inaczej do nauki czytania. Dzieci uczą się dźwięków, potem literują trzy-dźwiękowe słowa (niby sight words, ale takie, które czyta się tak samo jak pisze). Czyli bardziej "po polsku".
Podobnie z pisaniem. Wystarczy nauczyć polskich dźwięków i ich zapisu. Ortografia i tak będzie kuleć, zwłaszcza, jeśli dziecko mało czyta po polsku i nie używa polskiego na co dzień. Chodzi o podstawy.

POLSKA SZKOŁA I POLSKA TV

Temat wysyłania dzieci do szkoły sobotniej i posiadanie polskiej TV w domu, to kwestia preferencji.
W Australii są dostępne polskie szkoły, są też takie "na dystans". Jeśli ktoś chce, może to robić.
Dlaczego ja się na to nie zdecydowałam? Szkoły są różne, nauczyciele polscy mają różne podejście i można trafić na wspaniałe miejsce, ale i na typowe polskie piekiełko. Skłóceni nauczyciele i rodzice, niejasne reguły, trudny i zniechęcający dzieci do polskiego program nauczania albo zwykła zabawa i pic na wodę.
Ja przedkładam wspólne spędzanie czasu jako rodzina w weekend i nasze zainteresowania sportowe ponad kolejne zajęcia edukacyjne. Nie planuję powrotu do Polski i wg mnie taka szkoła i tak dziecka nie przygotuje na szok edukacyjny w ojczyźnie. Podobnie jak z czytaniem, tak z edukacją: łatwiej dziecku dostosować się do anglojęzycznej szkoły nawet bez dobrej znajomości angielskiego niż wrócić do Polski i polskiej szkoły po latach pobytu za granicą. Poziom tolerancji jest nieporównywalny.

W Polskiej szkole w Australii dzieci, które są tam wysyłane, to często dzieci drugiego pokolenia. Ich rodzice nie używają na co dzień polskiego. Chcą, żeby to "szkoła" je tego nauczyła. W praktyce te dzieci mówią po angielsku między sobą i jeśli moim głównym motywem wysyłania na takie zajęcia miało by być pokazanie dziecku, że język polski jest PRAKTYCZNYM ŚRODKIEM KOMUNIKACJI, to niestety polska szkoła tego nie oferuje...
Wpływ rówieśników jest ogromny i to co mogę najlepszego zrobić, to pojechać kiedyś do Polski i wystawić dzieci na przymusową naukę języka. Pomyślcie jak Wy najszybciej uświadomiliście sobie praktyczność języka angielskiego i jak szybko MUSIELIŚCIE się go nauczyć podczas pobytu za granicą?

Z pomysłem, że polska TV jest najlepszym środkiem podtrzymywania języka w domu, nie będę dyskutować. Nie ma w ogóle TV i włączam online tylko na Australian Open. Jest Youtube, są polskie bajki jeśli ktoś chce...
Moje dzieci nie lubią bajek po polsku i czytania im książek po polsku. Możliwe, że nie trafiłam jeszcze na wystarczająco dobrą opowieść...Nie wolno się poddawać!

DZIECI TO NIEPRZEWIDYWALNE INDYWIDUA

Dobrze czytasz. Jednego dnia nie rozumieją co do nich mówisz i chcesz zakrzyknąć: "Czy ja mówię po chińsku?!" A jest gorzej, bo mówisz po polsku.
Kolejnego niespodziewanie przynoszą Ci książkę i zaczynają dukać po polsku. SAMI!!!
Prawda jest prosta: dzieci są nieprzewidywalne. Jeśli jednego dnia coś nie działa, nie znaczy, że drugiego będzie to samo. Jednak zaufaj swojej intuicji i nie przesadź z uporem...

Moje obserwacje:

1. Dzieci zapamiętuję te polskie słowa, które wypowiadasz najczęściej. To dobry test na ta, jak wygląda komunikacja w domu.
Przeważają słowa związane z jedzeniem, spaniem, myciem, brudem, sprzątaniem oraz nakazy i zakazy. Oczywiście proszę, przepraszam i kocham Cię. U nas na pierwszym miejscu stoi: "Mamo/tato proszę...(ryż, nutella, czakokiki, bakas/kiełbaska, pić, wodę, obiad itd.).
Pracuję nad pełnymi zdaniami i takie oto dziwadła wychodzą:
"Mamo proszę chleb with masło.
I want my talerzu.
Where is Uli (Ula - imię kota, pewno najczęściej mówię" daj Uli jeść...).
Na prośbę, wymień 5 słów po polsku: skały, samochód, samolot, plaża, pociągi, chleb. To coś mówi nie?

2. Wpływ pierwszego dziecka na drugie jest druzgocący. Starszy ma problemy z językiem w ogóle, a polskim zwłaszcza, więc nawet jak często gra rolę "profesora", to niestety podłapuje preferencje brata. Rozmawiają po angielsku...
Dwoje dzieci, to także wzięcie pod uwagę dwóch różnych preferencji uczenia się i jeszcze dynamika między rodzeństwem...

PRZEKAZYWANIE KULTURY POLSKIEJ

Hmmm...nie będę tu używać określeń typu patriotyzm. Większość z nas - emigrantów - odczuła pewną niechęć ze strony Polaków pozostałych w kraju. Każdy ma jakieś powody wyjazdu z Polski. Ja wybieram podejście, które uważam za najzdrowsze.
Szanuję Polskę, chwalę w niej to, co lubię i szczerze krytykuję to, co jest złe. Ponieważ nie mam dalszej rodziny obok siebie, odczuwam wolność i brak presji. Mogę moją własną rodzinę kształtować tak, aby wybrać to, co dobre i warte pielęgnowania z kraju pochodzenia i dodać to, co oferuje kraj pobytu i inne kultury mające na niego wpływ.

Wiele poradników do nauki polskiego dzieci emigrantów mówi tak: przekazuj dziecku kulturę polską i promuj ją jako coś wspaniałego, aby dziecko zachęcić do nauki języka...

Czy tak koniecznie trzeba? Nie wiem, ja staram się przekazywać pewne aspekty polskości, ale oprócz języka, mapy kraju, zwierząt, krajobrazów, jedzenia które gotuję, może trochę sztuki i nauki (jak prezentacja  syna w szkole o Koperniku), ale poza tym? Nie ma tyle czasu i chyba ochoty, żeby dzieci nakręcać na Polskę, bo żyjemy tutaj i Polska pozostanie krajem ich rodziców i celem wakacyjnym.
Chcę ich nauczyć ciekawości świata i dzięki temu będą szukać i dociekać.

Największy problem tkwi w tym, że ja nie tęsknię za Polską, nie wzdycham za polski krajobrazem i polską kiełbasą. Świetnie radzimy sobie bez rodziny i może nawet jest to zdrowszy układ...ale jest za to cena. Za ten komfort bycia szczęśliwym w obcym kraju, płacimy cenę nie wtłaczania podświadomie w głowy dzieci, że są Polakami na emigracji.
Ja to kupuję i biorę obiema rękami. Będą Aussie z rodzicami Polakami. Nawet nie urodzili się w Polsce, a w Irlandii...
Nie będę zmuszać moich dzieci do mówienia po polsku. Nie będę bić pasem i dręczyć zadaniami po szkole, ani dodatkową szkołą w sobotę. Powiesz, że to niepatriotyczne? Może. Ale ja nie chcę namieszać w tożsamości moich dzieci. Oni są Aussie z rodzicami Polakami...
Myślę, że państwo polskie tego nie kupuje i musimy zastanowić się jak w przypadku ewentualnych wakacji w Polsce wylecieć bez polskiego paszportu? Dla rodziny w kraju, nasze dzieci to przecież POLACY! O tak, są Polakami z urodzenia i nikt też nie będzie zaprzeczał. Ale tylko ten, kto wychowuje dzieci za granicą wie, co to faktycznie znaczy.

Znam kilka historii Polaków, którzy wyemigrowali bez znajomości języka i wychowali w takim klimacie swoje dzieci.  W klimacie niedopasowania, tęsknoty za mityczną ojczyzną, gdzie dzieci wstydziły się za rodziców, którzy nie mogli zaakceptować swojego nowego życia i otworzyć się na innych rodziców, zaangażować w lokalną społeczność, za to bardzo chcieli stworzyć swoją małą Polskę w Australii...

To, jak żyjemy, wpływa na życie naszych dzieci. Język to też świadomość i tożsamość. Moja tożsamość jest nierozerwalnie związana z Polską i jej językiem. To moje pisanie, to taka moja autoterapia. Mogę się swobodnie wyrazić.
Za to dla moich dzieci językiem naturalnym jest angielski. Zastanawiam się, jak fakt, że cały język miłości, bezpieczeństwa i przywiązania jest przekazywany przez nas, po polsku, wpłynie na nasze dzieci i ich formę wyrażania się w dorosłych związkach? Może to pozostanie w języku ciała? Może w reakcjach? A może prawdziwe przytulenie będzie tylko możliwe jak powiesz " I want cipi"?