Trzeźwym okiem na Australię...

Z tym trzeźwym okiem to trochę przesadziłam. Zdarza mi się patrzeć na Australię po lampce wina, dość często, bo wino mają tu dobre. Praktycznie codziennie noszę okulary przeciwsłoneczne i gołym okiem rzadko spoglądam...A jeśli przydarzy mi się zapomnienie okularów, wtedy panika, bo tylko "cholera, ale jasno" ciśnie się na usta. 
Zatem sprawiedliwym by było przyznanie, że na Australię patrzę przymrużonym okiem (z przymrużeniem oka o niej piszę...), bo po tylu latach wcześniej spędzonych pod pochmurnym niebem, inaczej się nie da...

Spróbuję jednak pobawić się z moją pamięcią, poszperać w zakamarkach umysłu i wyłuskać kilka wspomnień z tego, jak jawiła mi się Australia przed przyjazdem. Nie bierzcie tego sobie zbytnio do serca, pamięć płata figle, więc od czasu do czasu posłużę się cytatem.

Część pierwsza. Australia - widok z Europy.




Australia. Kraj za oceanem. "W pizdu daleko". Trzeba to dosadnie określić. Jest gorąco, sucho, mało pada, są pożary, ale i powodzie. W oceanie rekiny i meduzy, na lądzie pająki i węże. Australia mieni się jako kraj mlekiem i miodem płynący, z piękną pogodą, multi-kulti, wygodnym życiem, wysokimi zarobkami, wyluzowanymi ludźmi i Aborygenami jako atrakcja turystyczna. Kraj wymarzony, ale drogi i zdobycie wizy stałego pobytu graniczy z cudem. 

My poszliśmy nieco dalej. Nie poprzestaliśmy na oglądaniu widokówek tylko zrobiliśmy "research"...
Australia dla młodej rodziny mieszkającej już na emigracji w kraju anglojęzycznym wyglądała mniej więcej tak:

Down Under, miejsce na tyle duże, że można wybrać sobie sprzyjający klimat do życia. Lubisz gorąc i wilgoć? Lecisz na północ. Lubisz pory roku? Trzymasz się południa. Lubisz duże miast i tłok, wybierz Sydney albo Melbourne. Lubisz spokój, Adelaide albo Perth bardziej Cię zadowoli...No, zawsze pozostaje outback! Niemniej jednak wizja była taka: ma być ciepło cały rok, zima krótka, anomalie pogodowe mają nas omijać i szybko się zaaklimatyzujemy. Chcemy żyć aktywnie, maksymalnie korzystać ze świeżego powietrza i klimatu, jednym słowem - mieć wakacje za darmo.

Powtarzaliśmy naszą mantrę - NIE MOŻE BYĆ GORZEJ NIŻ W IRLANDII!
Patrzysz na Australię jako kierunek emigracji i kalkulujesz. Duże miasto z paskudnym klimatem (Melbourne) i dużo ofert pracy, czy jakiś inny zakątek i Twoja wymarzona wizja palm i drinku z parasolką?

Powiem tak, mieliśmy BARDZO racjonalne nastawienie. Szukaliśmy wszystkich możliwych złych informacji o AU, żeby się przygotować na rozczarowanie. Mąż straszył mnie jeżdżąc talerzem po ścianie i mówił, że takie pająki biegają tam po domach i co zrobię?! Oglądaliśmy "Board security", żeby nie zdziwić się potem skrupulatnością australijskiej służby granicznej. Szukaliśmy informacji o kosztach i warunkach życia, mentalności Aussie, rasizmie, języku i akcencie (tu akurat mieliśmy hasło NIE MOŻE BYĆ GORZEJ NIŻ W SZKOCJI), wyobrażaliśmy sobie jak to będzie nie mieć dużego wyboru w sklepach i jakiegoś zabytku powyżej 200 lat pod ręką...Jednym słowem, czuliśmy, że NIE MOŻE BYĆ GORZEJ NIŻ W IRLANDII.
Australia to przecież lider regionu, silne państwo, dumni Australijczycy, dość rozwinięty kraj, musi być dobrze!
Marzyły nam się podróże po całym kraju, nurkowanie, sporty wodne i korzystanie z każdej sekundy dobrej pogody. NO WYMARZONE MIEJSCE DLA NASZYCH CHŁOPAKÓW! Darmowe atrakcje na świeżym powietrzu, a nie setna wizyta w zamszonym zamku, "bo znowu pada". Wakacje w domu, bo młodej rodziny nie stać na zbyt częste wakacje w ciepłych krajach, no i to telepanie się całą ferajną? Nie. Napatrzyliśmy się na sąsiadów bez dzieci, którzy co chwilę uciekali z deszczowej Irlandii w ciekawe miejsca i byli zadowoleni ze swojego stylu życia. Z dwójką dzieci? Zapomnij. Za drogo i co gorsza, często wakacje z małymi dziećmi trudno nazwać urlopem...

Więc sobie dumaliśmy...Sport to ważna rzecz w Australii, pewno nam też się spodoba footy i rugby...
Tylu emigrantów z różnych krajów, nie ma znaczenia czy jesteś Polak czy Francuz. Byle biały...tak! Z jakiegoś powodu w Australii nie ma zbyt wielu czarnoskórych, za to Azjatów i imigrantów z Indii przybywa.
Nie było też trudno się zorientować, że Australia to droga impreza. Bilet w jedną stronę. Polacy z rodziną na wizach studenckich? Zapomnij!
Mieliśmy głębokie przekonanie, że NIE MOŻE BYĆ GORZEJ NIŻ W IRLANDII (swoją drogą jest to wspaniały kraj na pierwszą emigrację i taki miły, przytulny, zielony, było nam tam całkiem dobrze...)! Zatem był to ostatni skok, o którym dowiedziała się nasza rodzina w raz z momentem przyznania nam wiz stałego pobytu.
JEŚLI NIE SPODOBA NAM SIĘ W AUSTRALII, TO NIGDZIE NIE MOŻEMY BYĆ SZCZĘŚLIWI. KONIEC. KROPKA.

Mały cytacik?

"(...)Całe pakowanie się i przylot do Melbourne pamiętam jak przez mgłę, bo tak sprytnie mój umysł radzi sobie z traumatycznymi przeżyciami. Można to śmiało porównać do porodu: długi okres ciąży i mozolnych przygotowań, a potem ostry ból i w końcu radość połączona z ulgą. Potem się zapomina, że było ciężko. Nasze przygotowania do wyjazdu trwały długo, bo jeśli sięgnąć samych początków, to mąż 3 lata temu uznał swoje kwalifikacje jako inżynier w Australii. Po drodze działo się sporo innych rzeczy (...). Aplikowanie o wizę i pakowanie swojego 'majątku', to tylko czubek góry lodowej. 
Po otrzymaniu wizy, rozpoczęliśmy organizację naszego wyjazdu. Możecie sobie wyobrazić ogrom listy spraw do załatwienia i większość była pilna (...)
Ostatnie 2 tygodnie były kluczowe. Mąż skończył pracę, ja finalizowałam wyprzedaż/rozdawanie naszych rzeczy wśród znajomych i sąsiadów. Dzięki temu udało nam się odzyskać kwotę wystarczającą na wysłanie 8 paczek z rzeczami dla nas ważnymi do Australii (paczki nadal czekają u naszych przyjaciół na wysłanie pod stały adres, którego jeszcze nie mamy).(...)
Ale udało się, spakowaliśmy się spędzając ostatnie dni do późna w nocy na wciskaniu, ważeniu, wyrzucaniu coraz lżejszą ręką kolejnych rzeczy. To najlepszy sposób na wyzbycie się przywiązania do rzeczy materialnych. Polecam!
Potem 2 tygodnie pobytu w Polsce. Spotkania z rodziną i znajomymi, chrzciny i kolejne pożegnania.

I w końcu lot z Warszawy do Melbourne, przez Dubaj i Kuala Lumpur. Nie było źle, wyobrażałam sobie, że będzie większe zmęczenie, że Sz. będzie fisiował i jęczał przy każdej odprawie, a S. będzie co chwilę robił kupę ;) Ale chłopcy się dzielnie spisali. A jakie mam wrażenia po przylocie? No cóż, jak to mąż ujął: czy to aby na pewno Australia? Przywitało nas zimno, ale nie zawsze pierwsze wrażenie jest najważniejsze (...)"

Część druga. Pierwsze wrażenia Europejczyka na miejscu.

Człowiek naoglądał się "Board Security", a potem sprawdza, czy dziecko nie przemyciło gdzieś drewnianej kredki, bo wiecie, mogą się przyczepić! Skórka od banana gdzieś wciśnięta w plecaku? Obłocone buty? Lepiej uważaj co wnosisz do Australii :) Nasz wózek miał nieskazitelne koła...
Zatem wysiadamy z samolotu zmęczeni, w Melbourne jest 3-cia nad ranem. Lotnisko puste. Nie ma psów od narkotyków, nie ma kolejki do odprawy, a strażnik z uśmiechem na twarzy, pyta, spoglądając na nasze paszporty: "jak to zrobiliście?" Ale co? "paszport polski, polski, polski, irlandzki?" A...jedno dziecko ma paszport irlandzki...tak wyszło...było szybciej...
"(...)Kolejny zimny dzień w Melbourne. Wiele osób mnie przestrzegało, że pogoda w stanie Victoria jest najgorsza w całej Australii, ale nie wierzyłam. Po prawie 4-rech latach w Irlandii wydawało mi się niemożliwe, że w Ozilandzie gdziekolwiek pogoda może być podobna do irlandzkiej...a jednak...Melbourne jest owszem jednym z najlepszych miejsc do życia, ale też miastem czterech pór roku jednego dnia. Myślałam, że to może być nawet urocze, ale jednak nie po to przemierzyliśmy tysiące kilometrów, żeby marznąć. Owszem, lato się zbliża i będziemy narzekać nieraz na upały, ale teraz nie mogę znieść braku słońca. Więc dziś planujemy lot do Perth, miejsca, w którym z pewnością ciepła nie brakuje, nawet zimą. Bilety niestety nie są najtańsze, ale mam nadzieję, że będzie warto sprawdzić kolejne potencjalne miejsce do życia. Mąż ma pewną ofertę pracy w Tasmanii, ale być może uda się znaleźć pracę także w Zachodniej Australii (...)
 (...) Dzisiaj po dokładnym przemyśleniu naszej sytuacji, jednak zrezygnowaliśmy z wycieczki do Perth. Jest ono odległe o 3500 km od Melbourne i zarówno loty jak i wynajem "kampera" są strasznie drogie. Może uda się jednak pojechać do Brisbane, żeby zwiedzić ile się da, zwłaszcza teraz, kiedy w Melbourne zimno (...)


Pierwsze wrażenia Europejczyka jest takie: Patrzył wcześniej na prognozę pogody w swoim kraju i tęsknym wzrokiem spoglądał na mapę świata i radosne słoneczko przy mieście Sydney. Teraz, jeśli wylądował w Melbourne, to patrzy tęsknym wzrokiem na Darwin...
Punkt widzenia zależy od punktu siedzenia. 

Nasze pierwsze wrażenie było mieszane. Czytanie o czymś, a doświadczenia tego, to dwie zupełnie różne sprawy. Z zapisków znalazłam taki kwiatek za to: "ja w swojej naiwności nawet nie pomyślałam, że koszt emigracji kiedykolwiek mi się zwróci, jeśli już, to tylko...w naturze". Myślę, że to dobrze obrazuje realia Australii.
Bo Australia to nie jest jednolity kraj i masz wrażenie, że ten zlepek stanów. Różne regiony - różne prawo. Różne miasta - różni ludzie i kierowcy. Nawet między jednym a drugim stanem jest ścisła kwarantanna (zakaz wwożenia roślin i owoców...trochę głupio dostać karę za posiadanie bananów w samochodzie, nie?).
Prawo ubezpieczeniowe jest inne od europejskiego. Internet zgodnie z oczekiwaniami jest wolny i drogi. Nie zmienia to jednak faktu, że wkurza to bardzo. Zanim wynajmiesz dom, sprawdź jaki możesz mieć w tym rejonie Internet, to że kolega z sąsiedniej ulicy ma kabel, nie oznacza, że Ty też :D A "światłowód" nie koniecznie oznacza tą samą prędkość połączenia co w Europie...
W ogóle masz wrażenie, że uczysz się wszystkiego na nowo. A dlaczego to tak boli? Bo po latach na emigracji myślałeś, że niewiele Cię już zaskoczy. A jednak!
Niby jeżdżą po tej samej stronie ulicy (uwaga: zawsze porównuję do Irlandii, nie do Polski), niby też mówią po angielsku, niby też lubią alkohol, niby też wyluzowani i mili, niby domy tak samo tanie, zimne i niedostosowane do klimatu, niby też "wyspa"...ale...wszystko na innym poziomie. A Australijczycy? Jak to ktoś kiedyś ładnie ujął: "są jak awokado. Na zewnątrz mięciutcy i mili, a środku twarda pestka..."

Nie ma czegoś takiego jak "pierwsze wrażenia z AUSTRALII".  Możesz mieć pierwsze wrażenie z KONKRETNEGO MIEJSCA W AUSTRALII".
Ja miałam przyjemność doświadczyć kilku "pierwszych wrażeń", potencjalnych miejsc do życia. Jak na ironię, to miejsce gdzie teraz żyję, wybraliśmy "na odległość", bez uprzedniej wizyty. Od pracy uzyskanej poprzez rozmowę kwalifikacyjna online, po rejon do życia.
Pierwsze wrażenie po postawieniu stopy w Adelaide było kluczowe. Było to moje najlepsze pierwsze wrażenie w Australii. Ciepło, słonecznie, ulice szerokie jak w Miami, palmy to tu to tam (bynajmniej nie natywne!), papugi, pomarańcze i miasto takie schludne i kompaktowe...
Pomyślałam, że w końcu wylądowaliśmy w Australii! Plaża rzut beretem, parki narodowe i konserwacyjne na wyciągnięcie ręki, ludzie mili, papugi głośne, koale na drzewach, kangury w buszu, lato gorące, zima zimna...Wszystko co trzeba, żeby nie znudzić się Australią i mieć trochę różnorodności.
Pierwsze wrażenie z Tasmanii też mam inne, a najgorsze z Brisbane...cóż, nie liczcie na obiektywizm...Możesz do Australii przyjechać w środku zimy do Darwin albo do Hobart. A potem decydujesz co myślisz o "całej Australii"...

Część trzecia. A tak naprawdę...


A tak naprawdę? Spójrzcie na zdjęcie. Zima, pochmurne niebo, eukaliptusy i tak wyglądają, jakby miały za chwilę uschnąć, a mój syn czerpie pełnymi garściami z tego co jest dostępne: przestrzeń, świeże powietrze, pomocna dłoń taty, który odpowiednio skierował wycieczkę rowerową, żeby pokazać ukrytą "huśtawkę". I nie ma, że ryzyko wpadnięcia do wody. Australia nie jest dobrym miejscem dla mięczaków. Wtedy się zanudzisz na śmierć!

Tak naprawdę moje postrzeganie Australii sporo się zmieniło. Przede wszystkim uznaję ten kraj za swój dom i myślałam, że będę trochę tęsknić za Europą. Przyznam, nie mam czasu!
Czuję się całkiem u siebie, więc też narzekam na kurioza i niegospodarność. Wkurza mnie wtłaczana przez media poprawność polityczna i życie w ułudzie, że Australia jest taka super. Polityka jest taka jak na całym świecie, pokrętna i nie zawsze z myślą o dobru obywateli. 

Moje postrzeganie Australii zmieniło się z pocztówki na prawdziwy, żywy obraz. Z widoku lazurowej wody i nieskazitelnych plaż, na mnie, w wodzie z fajką i gęsią skórką od zimnej wody. Z widoku pustej, czerwonej ziemi na mnie, chodzącą po buszu z rodziną i uprawiającą sport. Z marzenia o wiecznym plażowaniu, na cieszenie się chłodniejszym okresem i uprawianiem kolarstwa górskiego i hikingu.
Z myślenia jak by tu koniecznie pracować w zawodzie, na podejście: "cokolwiek robisz, ma to sprawiać satysfakcję i najlepiej dawać pieniądze".
Jak na początku chwaliłam system edukacji w Australii, tak teraz widzę jego niuanse i na własną rękę dodaję to, co uważam za konieczne.
Australia nie jest takim silnym i niezależnym krajem jak mi się wydawało. Izolacja ma swoje plusy i minusy. Niestety Australia za mało uczy się z błędów Europy i z takim dziwnym posmakiem kompleksu kopiuje błędne rozwiązania. To, co uświadamiasz sobie po dłuższym pobycie to poczucie, że mieszkasz w zlepku małych krajów (stanów) i problemy Twoje, mogą zupełnie nie dotyczyć znajomego z Perth, Darwin, czy Adelaide. Europa jest daleko, żyjesz swoim życiem i nie myślisz o tym. Może jak uwielbiasz zakupy to wzdychasz za Londynem. Może jeśli lubisz historię, to patrzysz na mapę Europy z żalem. Może tęsknisz za rodziną i domowym obiadkiem...
Ale ja lubię tutejszy luz i różnorodność w tym małym wyborze. Skupiam się na tym, co jest warte skupienia. Bo mieliśmy jasno wyznaczony cel naszej emigracji: ciepły kraj, aktywny styl życia, czas na relaks i przyjazne społeczeństwo. Czasem wymaga to rezygnacji z innych aspektów, ale to tak samo jak kobieta rodzi dziecko i rozpoczyna nowy rozdział życia. Nie ma powrotu do imprez o 3-ciej nad ranem. Jeśli jednak się uprzesz, to szybko uświadamiasz sobie, że o północy padasz z nóg. Myślę, że podobnie byłoby ze mną, gdybym spróbowała wrócić do Europy. Po kilku tygodniach uświadomiłabym sobie, że przestrzeń i spokój to coś bezcennego, jak sen, którego nie możesz uzbierać na zapas...

6 comments:

  1. Wciagajacy i ciekawy artykul, pomimo obiektywizmu i tak sie rozmarzylam:) fajnie sie czyta o Twoich przemysleniach i doswiadczeniach, pozdrowienia xxx

    ReplyDelete
    Replies
    1. Dzięki Marta :)Teraz Ty masz lato, więc nie marz tylko korzystaj z każdego promyka!

      Delete
  2. Nie ujelabym tego lepiej :) Bardzo, ale to bardzo pdobna historia i wrazenia. Jestesmy w Adelaide od ponad roku, po wczesniejszych 10 latach w UK. Rowniez z dwojka chlopakow. Bardzo serdecznie pozdrawiamy i chetnie czytamy. Swietnie ujmujesz w slowa ten nasz australijski swiatek.

    ReplyDelete
    Replies
    1. Mam nadzieję, że się spokojnie zadomawiacie? W razie depresji zimowej zapraszam na kawę :P

      Delete
  3. Jest dobrze, chociaz postawilismy sobie za zadanie budowe domu ;) bardzo ekscytujace, ale rowninez bardzo stresujace zadanie. Nie nudzimy sie. Noo i planujemy Australian Open w styczniu wiec koniecznie kawka :)

    ReplyDelete
    Replies
    1. No to faktycznie ambitny początek! Koniecznie kawka po wakacjach! Daj znać na fb i trzymajcie się ciepło wraz z 20% podwyżkę za prąd ;)

      Delete