Drażliwe tematy

Nie boję się dyskutować na kontrowersyjne tematy. Nie są one popularne w Australii i uważane jest to za remedium na wielokulturowość. Brak jakiegokolwiek komentarza w poprzednim poście tylko to potwierdza. Czy my w ogóle potrafimy rozmawiać na trudne tematy bez obrażania kogokolwiek? Czy rozmawianie o różnicach kulturowych, rasie, religii, polityce jest możliwe bez urażenia czyichś uczuć, a tym samym możliwości wyrażenia swojej opinii?
Bo przecież mamy jakąś opinię. Co ciekawe, postrzegamy świat w tak różny sposób, że rozmawianie o tym jest niesamowicie ciekawe. Mam wrażenie, że ponieważ ludzie nie mają do siebie dystansu, nie potrafią też wyrażać opinii bez elementu oceniającego. Tworzą się wtedy dwa fronty: Ci, co mają gdzieś uczucia innych i mówią co im ślina na język przyniesie i tacy, którzy z obawy przed palnięciem gafy są tak poprawni politycznie, że ciężko stwierdzić co właściwie myślą!
Zatem w takiej przeciętnej firmie australijskiej, nikt w twarz, szczerze Ci nie powie, słuchaj, źle to zrobiłeś, ale pomogę Ci się tego nauczyć. Raczej nic nie usłyszysz i myślisz, że dobrze pracujesz, a potem zorientujesz się, że gada ktoś za Twoimi plecami...
Czy w Australii jest rasizm? Tak! Jak nie jawny, to ukryty. Nie wiem nawet, czy ten drugi nie jest gorszy. Często Polacy właśnie narzekają, że drażni ich ta powierzchowność. Niby wszystko jest fajnie, ale tak do końca nie wiesz, co ten człowiek faktycznie myśli. Czy unikanie pewnych drażliwych tematów jest najlepszym sposobem na uniknięcie konfliktu?
Tak się tylko zastanawiam, czy możliwe jest stworzenia takiego multikulturowego narodu, który jest szczery i otwarty? Bo Australia jest całkiem miła i otwarta, ale jest w niej coś niedopowiedzianego. Czy to polskie geny nie dają mi spokoju, czy faktycznie ten element 'dopowiedzenia' jest konieczny do zbudowania szczerej relacji?
A może to jest tak, że tylko z rodziną i najbliższymi warto być autentycznym i szczerym? Po co mówić co się myśli świeżo napotkanym osobom. Po co odkrywać się w towarzystwie?
Nie zrozumcie mnie źle. Nie chodzi o oceniające opinie, mówienie źle o innych narodowościach z używaniem pejoratywnych określeń ("Irol, ciapaty itp."). Chodzi mi raczej o to, czy dzisiejszy świat nie wchodzi w absurdalny tryb 'poprawności politycznej', gdzie narzucone zostaje Ci co możesz powiedzieć a co nie. Przykład? Może się okazać, że niedługo nie będzie można powiedzieć:"para gejowska" (bez jakiejkolwiek obrazy!), a narzucone zostanie określenie "związek partnerski". Nagle okażę się, że mniejszości narzucą normę większości i powstanie tak naprawdę dyskryminacja większości...
Można to odnieść do wielu sfer: równouprawnienie płci, tolerancji do innej orientacji seksualnej, innej religii.
Pewne normy są potrzebne, konieczne jest zwracanie uwagi na szacunek dla innych jako ludzi, bez oceniania przez pryzmat płci czy wyznania. Potrzebne jest tępienie obraźliwych słów i zachowań. Boję się jednak, że w pewnym momencie to nie dyskusja będzie tworzyć te prawidłowe zachowania, ale media, rządy narzucą oderwane od ludzkich potrzeb normy.
Może ludzkość nie dojrzała do otwartej dyskucji? Może faktycznie najlepiej zakazać mówienia na pewne tematy?
Jak sądzisz?

No comments:

Post a Comment