Tłoczymy się w miastach

Tłoczymy się w tych miastach. Przeciskamy przez godzinne korki. Wdychamy spaliny. Mieszkamy w pudełkach na 20-tym piętrze. Robimy wszystko otoczeni betonem: jemy żywność pakowaną w plastik, chodzimy ulicami, gdzie rzadko jest coś naturalnego, wśród betonu uczestniczymy w wyścigu szczurów. Nawet jak nic nas nie goni, to sami się poganiamy. Dbamy o zdrowie, biegając po betonowych ścieżkach lub po gumowej bieżni, jeździmy na rowerach walcząc o kawałek jezdni z samochodami. Poganiamy nasze dzieci: szybko zjedz, szybko się ubierz, szybko chodź do szkoły, szybko wsiadaj do samochodu, bo spóźnimy się na dodatkowe zajęcia...szybko idź spać, bo chcę odpocząć. Szybko jemy kolację i szybko oglądamy TV, szybko zasypiając...
A tam, gdzieś daleko żyje sobie Natura. Żyje w harmonii o ile człowiek znowu czegoś nie wymyśli.


Ja uciekam od miasta. Mimo, że lubię je mieć gdzieś 'pod ręką', w zasięgu jazdy samochodem lub pociągiem. Wiem, że to miasto tworzy kulturę, pozwala na rozwój cywilizacji, jest miejscem, gdzie mieszają się różne rasy i cywilizacje...
Jednak większość tego co 'miejsce' mnie męczy i przytłacza. Jest fajne tylko na chwilę. Jednorazowy wypad do teatru, kina, muzeum. Raz na jakiś czas jakiś festiwal lub atrakcja dla dzieci...Jednak już po godzinie, dwóch zaczynam tęsknić za ciszą, drzewami, zielenią i przestrzenią.
Kiedyś myślałam, że to przez niski wzrost nie lubię masowych imprez. Bo wiecie, nic nie widać, ludzię się wzajemnie przepychają, brakuje tlenu...Teraz wydaje mi się, że to coś więcej. Kiedyś, zachwycona Melbourne, przebijałam się przez chodnik. Mijali mnie anonimowi ludzie, zmierzający nie wiadomo dokąd. Podziwiałam archotekturę, klimat, różnorodność i taki powiew cywilizacji. A po chwili, nie wiedzieć czemu, pomyślałam: 'po co mi to wszystko?' Miło jest wypić pyszną kawę, kupić ładną sukienkę, przejechać się tramwajem...ale po co to wszystko?

Nie umiem mieszkać w mieście.
Wiem, że wiele osób nie umie mieszkać poza miastem.
Co więcej, dla niektórych osób nagłe znalezienie się w otoczeniu kompletnej ciszy, wśród dzikiej natury i oddychanie krystalicznie czystym powietrzem może być szokiem. Słyszałam o historii, gdy pewna osoba z Eurpy odwiedziła Tasmanię (niesamowicie czyste powietrze i dzikość na wyciągnięcie ręki) i miała problemy migrenowe, tak jakby organizm przechodził 'oczyszczenie'.
Przestrzeń, śpiew ptaków, szum morza...to można szybko docenić w Australii. Można też przeżyć szok, jeśli jest się przyzwyczajonym do tłoku Europy. Poważnie.
W każdym miejscu na ziemi można znaleźć taką osobistą oazę, gdzie mogę się wyciszyć, pooddychać, pomyśleć, zrelaksować i docenić genialność Boga, który to wszystko stworzył (jakoś przypadkowe BIG BANG nie przekonuje mnie patrząc na misterne smoki morskie: http://aquarium-source.com/…/i…/weedy-sea-dragon-364x237.jpg)
Jeśli nagle zauważysz, że cisza Ci przeszkadza...pomyśl jak żyjesz i dokąd to prowadzi...

No comments:

Post a Comment