Żale

Żale. Mamy nieraz żale do różnych ludzi. Że to nie pomogli, że nakrzyczeli zamiast pokazać, że nie nauczyli, tylko oczekiwali... Mamy też nieraz żale do rodziców, że nie nauczyli rozmawiać, okazywać emocji, czy wręcz, nie wspierali naszych talentów.

Spotykam to w różnych kulturach, różnych rejonach świata i u różnych ludzi. ŻAL o coś, co teraz jest dostępne, a rodzice KIEDYŚ nam tego nie dali. Możesz pomyśleć, że to różnica pokoleniowa, inne czasy...Możesz, ale żal nieuzyskanego od rodziców czasu, miłości, uwagi, aktywności, dobra - pozostaje.
Jakie są z tego drogi wyjścia? Jedni mają żal do rodziców o nałogi, brak czasu czy inne aspekty rodzicielstwa i ich oskarżają, wyrzygują i w ostateczności są z rodzicami na wojennej ścieżce. Mają cel - "zrobię wszystko, aby być innym rodzicem dla moich własnych dzieci". Czy to im wychodzi? Prawda jest taka - każdy rodzić żyje w pewnej rzeczywistości i jest wyposażony w umiejętności oraz schematy wyniesione ze swojej rodziny. Jak się domyślamy, efekt starań takich rodziców może być ograniczony...A jak dodamy do tego nasze żale? Szybko pojawia się naturalna samoobrona. "Ja Ci oddałam najlepsze lata mojego życia, a Ty mi tu smarkaczu trujesz o partnerstwie i niedawaniu klapsów dzieciom?!"
Inna droga, to nieprzyjmowanie do wiadomości, że rodzicie zrobili coś źle. Kochamy ich, szanujemy i, naturalną koleją rzeczy, tłumaczymy z wszelkich przewinień. A to ciężkie czasy były, a to oni przecież wszystko dla naszego dobra...Wszystko fajnie, tylko co wtedy Ty próbujesz świadomie zmienić we własnym rodzicielstwie, aby być lepszy, jeśli nie przyznajesz, że było coś nie tak? Przykład? "Tak, tata mnie lał pasem, ale w sumie jak teraz patrzę, to bez tego bym wylądował w poprawczaku"...Może tak, a może nie? Ile w tym naturalnej obrony obrazu rodziców, a ile prawdy obiektywnej?

Jeszcze inne droga, to świadome przyjrzenie się swojej rodzinie i szczere przyznanie co było ok, a co nie. Czy trzeba to rodzicom wyrzygiwać? Pewno nie, bo przeszłości to nie zmieni, ale warto porozmawiać i próbować zrozumieć wzajemne racje. Tak, mamy inne czasy, to też powinieneś wziąć pod uwagę, inny dostęp do wiedzy i inne możliwości. Dzieci teraz naturalnie ciągną do komputerów nie do trzepaka...Warto spojrzeć na rodziców ich oczami i próbować zrozumieć. Wtedy o wiele łatwiej będzie nam świadomie wprowadzić zmiany w swoim rodzicielstwie. Próba zrobienia czegoś "ZUPEŁNIE ODWROTNIE" wcale nie prowadzi do sukcesu. Schematy ciągną się za nami jak guma i zmieniają tylko ubarwienie. Masz wtłoczone, że dzieci należy kontrolować, to je kontrolujesz, nie ważne jak. Może to być niewinne decydowanie o stroju czy menu, w imię 'dobra'.

Warto się przyjrzeć swojej rodzinie. Tak bez żalu, na trzeźwo. Co było ok, co nie. Co chcę wprowadzić u siebie, a co nie.
Warto, ale jest to cholernie trudne! Podręczniki "do wychowywania dzieci" wcale sprawy nam nie ułatwiają. Jedne mówią przytulaj dzień i noc, inne - naucz samodzielności - niech śpi samo od 1 miesiąca. Pomyśl, że to samo mieli nasi rodzice, tylko w postacie babć i ciotek. Co więcej, nie mieli Internetu, aby móc się wyrwać z objęć rad i zwyczajów.

My mamy ten komfort - wolność. Komfort, czy przekleństwo? Dla mnie emigracja to komfort. Nie ma babć i ciotek, ale też nie ma karzącego spojrzenia społeczeństwa. Nie ma naszych mam i tatusiów, którzy samą swoją obecnością wywołują u nas zachowania z dzieciństwa, wywołują stare - naturalne schematy. Nie ma też przyjaciół...Zostajemy MY - SAMI - z naszymi straszydłami przeszłości i przestworzami nieznanego.

Niektórzy z nas - rzuceni gdzieś do innego kraju - za wszelką cenę trzymamy się ZNANEGO. Może nie jest to najbardziej efektywny sposób, ale bezpieczny. Wychowujemy pociechy "po polsku". Cokolwiek to dla nas znaczy, ale z reguły tak, jak znamy z domu. Nieświadomie podążamy za wewnętrznymi głosami i odruchami. Zwłaszcza w sytuacjach stresowych jest to najszybszy i najpewniejszy sposób. Jak wiemy - dziecko to spory stres...i jeszcze na emigracji...

Inni, nieco wyzuci z patriotyzmu i lojalności (tak to odczytuję z komentarzy rodaków w ojczyźnie), idą na całość. Wybierają! Tu coś polskiego, tu coś obcego, tu dodają tam odejmują...Wygląda, jakby nie mogli się zdecydować czy są Polakami czy nie...
Dla mnie, oni - rzuceni w obce miejsce, bez znanego schematu - uczą się na nowo. Świadomie lub mniej świadomie, wybierają swoje życie i życie dla swoich dzieci. BUDUJĄ a nie KUPIUJĄ. Mało w tym schematu, więcej stresu i więcej wysiłku...bo jak wiemy, życie dziecku można konkretnie schrzanić...to duża odpowiedzialność!

Stąd pewno są też tacy, co wolą przyjąć obce, bez szemrania, bo obce to lepsze, nie? Przejmują tożsamość innej rodziny i myślą, że rozwiązali swoje problemy...czy aby na pewno?
Można być lepszym lub gorszym rodzicem, można nauczyć języka polskiego lub nie, można stosować "time out" albo "kangurować" przez 5 lat...można...Nasuwa mi się jedno zadanie, myśląc o odciążonym od wielu schematów rodzicielstwie na obczyźnie, jest nim - NIE ZABIERZ DZIECKU TOŻSAMOŚCI. Ciekawa jestem, co dla Was to oznacza, bo bynajmniej nie jest to zmuszanie dziecka do "polskości".

W Polsce dzieci mają może żal, że rodzice nie kupowali im markowych ciuchów albo nie pozwalali na zapraszanie kolegów do domu. Jakie żale mają dzieci polskich emigrantów? Że nie nauczyli polskiego? Że zmuszali do chodzenia na dożynki, że mieli pracę poniżej kwalifikacji, że nie nauczyli bycia dumnym z dwujęzyczności? Jestem ciekawa!!!!

No comments:

Post a Comment