Osobowość polskiego emigranta

"Emigrant" już sam w sobie brzmi wystarczająco negatywnie. Kojarzy się z osobą, która musiała opuścić ojczyznę, żyje wśród obcych i nie ma swojego miejsca na ziemi. Czy tak faktycznie jest?

Mój pobyt na emigracji nauczył mnie kilku rzeczy, jedną z nich jest to, że kim jesteś i jak się czujesz w nowym kraju, w dużej mierze zależy od Ciebie. Możesz być emigrantem i czuć się jak u siebie, ale możesz również żyć 30 lat w danym kraju i mentalnie pozostawać "emigrantem".
Chyba ta mentalna strona polskiej emigracji jest piętą achillesową Polonii. Co mam na myśli?

 Oto kilka przykładów:

- poczucie, że samym wyjazdem z Polski chwyciłem Pana Boga za nogi
- przeświadczenie, że praca poniżej kwalifikacji, to oczywista oczywistość
- zamykanie się w polskiej społeczności i równoczesne szkodzenie rodakom (Polonia bywa baaaardzo podzielona!)
- zamykanie się na otaczający język i kulturę - najczęściej obawia się to krytykowaniem wszystkiego co nowe i obce
- nieufność i niewychylanie się
-podsycanie tęsknoty za utraconym krajem i równoczesna niechęć do przystosowania się do nowych obyczajów
- patrzenie na emigrację ciągle przez pryzmat dobrobytu a nie zadowolenia z życia i korzystania z niego
- przeświadczenie, że o dobrym radzeniu sobie świadczy umiejętność kombinowania
- niska samoocena maskowana przeróżnymi zachowaniami od chowania się po kątach po otwartą agresję
- bycie spiętym, prawie non stop na serio, krytykanckim i czujnym
- brak dystansu do otaczającej rzeczywistości i do siebie
- ciągłe sprawdzanie co słychać w Polsce
- zazdrość i niechęć do rodaków, którym się wiedzie lepiej
- równie chętne porównywanie się z tymi, którym wiedzie się gorzej - w ogóle porównywanie i ocenianie/poczucie bycia ocenianym
- mentalna spuścizna po PRL: mi się należy, mam w dupie władzę, brak zaufania, niechęć do inności, cieszenie się z minimum i nierozwijanie swoich talentów.
- postawa: "przepraszam, że żyję" i ciągłe udowadnianie, że muszę być lepszy od "lokalsów", żeby poczuć się nieco pewniej.

To tylko pewne przykłady, które wielu Polaków na emigracji zupełnie nie dotyczą. Jednak warto zwrócić uwagę na ten fenomen polskiej emigracji, aby lepiej i świadomie przygotować lub zmodyfikować własną. Nawet jeśli mamy piękne założenia, to często okazuje się, że smrodek polskiej mentalności gdzieś tam się ciągnie.
Pozornie zadowoleni z życia emigranci wylewają jad na forach emigracyjnych, szydzą z tych, co myślą o wyjeździe i podbudowują w ten sposób własne ego. Dobre rady nagle przeradzają się w obelgi i ocenianie kogoś po jednym zdaniu. Polacy i zasobność słownika wulgaryzmów to kolejny dla mnie ewenement. Niestety o wiele bardziej słyszalny za granicą, bo wówczas wyróżnia się z obcojęzycznego szumu. 

Polskie szkolnictwo (uogólniając) skutecznie zabija innowacyjność, samodzielne myślenie i poczucie bycia wartościowym człowiekiem, za to uwrażliwia na inność i konieczność oceniania. Nauka jest ciężką pracą (nie przyjemnością), praca jest ciężkim zarabianiem pieniędzy (nie realizowaniem się), a władza utrudnia życie (zamiast ułatwiać). I jak tu się przystosować do realiów wielu krajów zachodnich? Jedziemy do tych krajów jako gorsi, biedniejsi, na łasce obcego społeczeństwa. Cieszymy się, że możemy mniej zarabiać, bo to i tak więcej niż w Polsce. Cieszymy się jak nas tolerują i nie wyzywają od "zabieraczy miejsc pracy". 

Gdzie w tym wszystkim jest nasze poczucie własnej wartości? Gdzie jest zdrowe podejście do życia i realizowanie siebie?
Wszystko zaczyna się od naszych rodzin, w których się wychowaliśmy. Co one nam przekazały? Jakie ukryte schematy realizujesz?
Jak się pozbyć mentalności emigranta - robola, kogoś gorszego i obcego? (nie chodzi mi o to, że każdy ma mieć mgr i pracować na stanowisku kierowniczym!) Kogoś, kto cieszy się, że stać go na dom, samochód i wakacje w egzotycznym kraju? (spełnienie społecznego minimum)

Ja mam na to jeden, dość kontrowersyjny sposób. Oprócz oczywistej pracy nad sobą i rozwijaniem samoświadomości, staram się otaczać ludźmi, którzy dobrze na mnie wpływają. Z reguły nie są to Polacy. Nie, żebym ich unikała. Chodzi o naturalny dobór. W miejscach, w których bywam, nie ma dużo Polaków. W kraju, w którym mieszkam, nie ma (relatywnie) dużo Polaków. Otwieram się na inne style życia, inne podejście do problemów, inne patrzenie na obce kultury, inne spojrzenie na edukację czy stosunek do posiadania domu. Obserwuję, wypróbowuję i to co działa przyjmuję za swoje. 

Skoro rozpoczynam życie w nowym kraju, czemu nie zacząć od białej karty? Czemu nie rozpocząć budowania siebie na nowo, tak , jak mi się marzy, tak jak mi się podoba i tak jak podpowiadają mi moje wartości? Ciągnie do polskości i konwersacji z rodakami? Nie ma problemu, nie chodzi o odcinanie się, ale o patrzenie z dystansem na sytuacje, nie zacietrzewianie się, nie narzekanie na wszystko co się da. 

Są pozytywni Polacy i starajmy się tacy być. Miejmy ambicje, realizujmy swoje plany, czujmy się częścią świata, czujmy się na miejscu.
Na przykładzie Australii widzę, jak ważny jest sposób rozpoczęcia emigracji. Jak swobodnie i pewnie ma czuć się rodzina z dwójką dzieci, która przyjechała na wizie studenckiej? Tak! Dostali się do Au! Złapali Pana Boga za nogi! I kłopoty gotowe. Trzeba wykorzystać swój polski spryt, żeby sobie poradzić, trzeba się cieszyć, że jakaś praca jest i że nie tak źle płacą...a samorealizacja? Tak, tak, za jakiś czas...nigdy...Trzeba korzystać z dobroci rodaków, kilka razy się sparzyć, robić wszystko, żeby zostać "na zawsze" i zdobyć PR....Jakoś nie komponuje mi się to zbyt dobrze z poszanowaniem siebie i poczuciem własnej wartości. To tylko przykład, co człowiek to inna historia. 

Ale po co tak kombinować i tak się spinać? Czy po kilku latach życia w ten sposób, nagle będzie się zdolnym do swobodnego oddychania i życia pełnią? Oby! I tego Wam życzę. Lekkiego oddechu i pozbycia się "mentalności emigranta."

No comments:

Post a Comment